Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykul. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2012

AND THE SUN WAS SHINING


Kto projektował dworzec w Katowicach i dlaczego Kafka? Skąd osobliwa słabość Polaków do kapci? Jak przetrwać busz po polsku, założyć rodzinę i polubić szeleszczący język, będąc Irlandczykiem? O tych i innych problemach można porozmyślać, wybierając się wieczorem do teatru Korez na monodram „Sunshine”.


W tym spektaklu jednego aktora Peadar de Burca łączy modną konwencję stand-up comedy z formą kabaretową znaną z polskich scen, uzyskując iluzję niezobowiązującego spotkania aktora z widzem. Monolog sprawia wrażenie bardzo osobistej wypowiedzi, więc nietrudno przekonać publiczność, że wybrała się na kawę z interesującym cudzoziemcem, który ma bardzo dużo do powiedzenia, więc mówi bez przerwy z nieopanowaną energią i spontaniczną gestykulacją. Tak w „Sunshine” zacierają się granice między teatrem a rzeczywistością.


Anegdotki, które usłyszymy, dotyczą znanych stereotypów narodowych i codziennych, szarych rekwizytów: obrazu marudnego Polaka, fatalnego stanu dworców kolejowych i ojczystej miłości do noszenia wąsów. Zarówno w sferze merytorycznej jak i językowej performance mógłby wydawać się przeciętny, intrygujący jest natomiast sam sposób prowadzenia opowieści.


Oś konstrukcyjną spektaklu stanowi charyzma aktora, pełen pogody, naturalny styl sceniczny, lekkość w snuciu pozornie nieciekawych historii, a nawet pełen panmaskarady egocentryzm, który w gruncie rzeczy okazuje się ujmujący. Peadar de Burca zakłada kolejne maski: wrażliwego neurotyka, któremu zabijany na Boże Narodzenie karp przypomina Toma Hanksa, cynicznego obserwatora i opanowanego dziwnymi obsesjami hipochondryka, jednak jego monolog pozostaje opowieścią o poznawaniu, podróży nieco wyobcowanego człowieka, który stopniowo oswaja nieznaną kulturę, przygląda się jej z ironią, relacjonuje ciemne i jasne strony, a ostatecznie z ciepłym uśmiechem przyznaje, że sam jest częścią groteskowego świata, o którym mówi.


Wieczór z „Sunshine” to doskonały zastrzyk energii i ciekawe ćwiczenie lingwistyczne (monolog jest bowiem prowadzony po angielsku). Warto przyjrzeć się metodom, które odnalazł Peadar de Burca, aby prowadzić grę z konwencją teatralną i samym widzem, tworząc naturalny, sympatyczny nastrój pełen ciepłego, inteligentnego humoru. 


Anna Majewska

czwartek, 2 lutego 2012

Miss American Dream


źródło: facebook.com/lanadelrey

Lana Del Rey ma usta wypełnione kolagenem, włosy à la księżniczka Disneya i bogatego tatusia. Ale ma również dziwaczny, nie do ujęcia w sztywne ramy głos i dobry pomysł na siebie.

Jej - oficjalnie - debiutancka płyta pojawiła się na rynku muzycznym zaledwie parę dni temu. Przed jej premierą Lana zdążyła już przejść do historii jako gość muzyczny kultowego amerykańskiego programu Saturday Night Live o najkrótszym karierowym stażu. Czy słusznie?

Zanim świat usłyszał o Lanie Del Rey, opisywanej jako „gangsterską Nancy Sinatrę”, w Lake Placid żyła Lizzie Grant. Jak wielu początkujących muzyków dorabiała występując w lokalnych klubach, w międzyczasie pracując na kolejnymi demówkami. Mimo wsparcia finansowego ojca, jej pierwszy self-titled album nie zyskał uznania nawet na najbardziej alternatywnej nowojorskiej scenie, ale ambitna Elizabeth się nie poddała. Nie wnikając w rodzinne koneksje, w 2011 roku podpisała kontrakt z trzema wytwórniami należącym do Universal Music Group. W sieci zostało opublikowane jej debiutancki, utrzymany w nostalgicznych klimatach retro, klip do „Video Games”, a sama zainteresowana zaczęła wymieniać jako źródła swej inspiracji takie ikony jak Elvisa Presleya, Kurta Cobaina oraz… Britney Spears. I tak w wielkim skrócie rozpoczął się szał na Lanę.

Zaledwie kilkoma umieszczonymi na YouTubie kawałkami podbiła serca tysięcy fanów, przez następne miesiące niecierpliwie oczekujących pełnoprawnej EP-ki. Trzydziestego stycznia 2012 krążek Born To Die w końcu trafił do sklepów.

Otwiera go tytułowy singiel, który jasno nakreśla świat, do jakiego wstąpimy na następne pięćdziesiąt minut (w wersji deluxe: godzinę). Melancholijny, senny i urzekający. Wokal Lany brzmi jakby nieco od niechcenia, jakby starała się przezeń wyrazić „nic nie poradzę, że pokochacie ten kawałek”. Teledysk do utworu, z gościnnym udziałem modela Bradleya Soileau, jest zmysłowy i przywodzi na myśl nienapisaną jeszcze antybaśń z pewnością nie dla dzieci.

Pierwsza połowa płyty to pewne uderzenie producentów, „na zachętę”, znanymi już szerszej publiczności utworami. „Blue Jeans”, „Video Games” nie są dla fanów żadną nowością. „Diet Mtn Dew” nieco różni się od publikowanej wcześniej wersji. „National Anthem”  stanowi słoneczne preludium do najlepszego kawałka na albumie – „Dark Paradise”, depresyjne i duszące, a jednocześnie chyba najbardziej szczere ze wszystkich.

„Radio”, „Carmen” i „Million Dollar Man” musiałam przesłuchiwać po kilka razy – przy Born To Die puszczonym w tle pracy, nie zorientowałam się, że to trzy różne piosenki.

Wykonywane wcześniej wyłącznie na koncertach „Summertime Sadness” oraz „This Is What Makes Us Girls” stanowią udaną klamrę kompozycyjną całości. Ale na tym kończy się standardowa wersja krążka, pozostawiając spory niedosyt. Edycja deluxe, niestety, nie ratuje sytuacji – „Without You” i „Lucky Ones” znów zlewają się w jedno, z kolei obecność „Lolity” uważam za zupełnie niepotrzebną, skoro do Nobakova nawiązuje już bardzo dobre „Off to the Races”. Light of my life, fire of my loins – śpiewa w niej Lana, cytując pierwsze linijki jednej z najbardziej kontrowersyjnych powieści dwudziestego wieku.

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, Lanę Del Rey albo się go kocha, albo nienawidzi. Jej głos może z początku interesować, ale gdy nie stanowi już nowości, staje się wyjątkowo wtórny i słychać w nim brak ingerencji tzw. vocal couch*.  Born To Die to śliczna wydmuszka. Piękne melodie okraszone pustymi tekstami, których nie ratuje nawet wokal.

Czy to jednak przekreśla Lanę? Obserwując ją zamkniętą we własnej bajce, nie zauważamy, że tak naprawdę to kolejna wykreowana przed wielką wytwórnię persona. Chcielibyśmy więcej. Skoro sprawia pozory artystki ambitnej, niech taką będzie, prawda? Tylko po co? Dawno nie było słychać o tak dobrej artystce pop, muzyki z definicji popularnej, łatwej i przyjemnej. A także, co obecnie może zaskakiwać, zwyczajnie ładnej.

Słuchając Katy Perry czy Jessie J, dziewczyn „tworzonych” w podobny sposób co Del Rey, nie potrafię rozróżnić ich utworów. Nawet wielbiona niedawno Gaga stała się wtórna, a jej ostatni krążek okazał się medialną klapą. Lana może i jest schematyczna, ale w swojej kategorii, przynajmniej na razie, pozostaje jedyna.  Jak każdy produkt, pewnie wkrótce zostanie odłożona na półkę, gdy jej miejsce w grze zajmie nowa zawodniczka, ale do tego czasu chyba warto dać jej szansę. Chociażby po to, by wypełnić czymś czekanie.


Wiktoria Uljanowska

Mam wrażenie, że polskie określenie nauczyciel śpiewu nie oddaje w  pełni kwestii prowadzenia artysty, mentorstwa.

wtorek, 17 stycznia 2012

Listy na wyczerpanym papierze


Jeremi Przybora wszystko miał posegregowane, najdrobniejsza notatka musiała znaleźć określone miejsce, każdy świstek świetnie znał swoje przeznaczenie i na krok nie ośmielał się ruszyć z szuflady. Pewnego dnia Jeremi dzwoni do Magdy Umer, mówi „to ważne”, mówi „przyjeżdżaj”, więc Magda przyjeżdża natychmiast, dostaje wielką, brązową kopertę z napisem „Agnieszka” i szalenie odpowiedzialne zadanie – ocalić od zapomnienia obszerną korespondencję. Tak wszystko się zaczyna.

Dzisiaj dzięki nieocenionej pracy Magdy Umer możemy już czytać „Listy na wyczerpanym papierze” Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory – poetki, która bardzo nie chciała zostać Colombiną z marzeń sennych i poety żywiącego do uszu owej Colombiny uczucie szczególne. Pełna nieustannego puszczania oka, humoru i tęsknoty, ironii i niepokoju, wzruszająca epistolografia pozwala wniknąć oczarowanemu, zafascynowanemu i nieco wścibskiemu czytelnikowi w niezwykłą, trudną do opisania relację autorki pięknych piosenek, które nucimy od lat, tak bliskich i znanych, jakby napisane były przed chwilą i to właśnie wyłącznie dla nas  oraz starszego od niej o dwadzieścia lat współtwórcy Kabaretu Starszych Panów.

„Bądź cieplejsza o dwa (2) słoneczka, nie więcej – dobrze?” prosi tekściarz pewnej wiosny, wiosny IV zjazdu PZPR, premiery „Skąpanych w ogniu” i czarnego od podpisów listu w sprawie ograniczenia cenzury, a dla Osieckiej i Przybory – wiosny pierwszej. Tak krok po kroku rozwija się krótka opowieść o parze poetów, kilku zasuszonych kwiatach, zdjęciach, wielkiej kulturze, ciepłym humorze, ciętym języku, dystansie i śmiechu przez łzy. Początkowo trochę „na lipę” i z przyzwyczajenia zaczyna się pisanie bardzo ładnych listów, układanie zdań długich jak wiosenne dżdżownice i ślicznych jak eleganckie krawaty Jerzego Wasowskiego. Agnieszka i Jeremi wysyłają sobie takie niewielkie karuzele miłosnych dżdżownic, mówiąc o niepewności, fascynacji, swoich słabostkach, pretensjach, małych tęsknotach i małych radościach. Na tle ich dialogu huczy życie literackie powojennej Polski, a wieczorami w warszawskim SPATiFie  snuje się dyskusje nad czerwonym winem. W bajecznej elegancji tajemniczych „tamtych czasów”, pełnych dobrze wychowanych ludzi nazwanych przez Osiecką „Ostatnimi Mohikanami”, o których lubimy czytać i myśleć z przyjemną nostalgią, biorą górę zupełnie zwykłe rozterki, ziarenko rozpaczy i trochę smutku. Każdy list słynnych tekściarzy jest podejmowaną na nowo próbą nawiązania dialogu z drugą osobą. Dzieje się to wszystko w kryzysowych warunkach klimatycznych, podczas  gdy dialog pomimo najlepszych starań niezmiennie rwie się w strzępy, jest pełen niedomówień i niebezpiecznie zaczyna przypominać dwa równoległe monologi połączone w groteskowym, kakofonicznym duecie. Tak to już bywa z defektami języka.

Pomimo tej kłopotliwej niemocy łata się przecież dialog, zakleja kolejną kopertę, a pretensje tłumaczy takimi słowami, których braku publikacji literatura polska nie wybaczyłaby na pewno. Ostatecznie wysyła się list, bez szczególnego powodu, „ale żeby sobie podłużyć ręce, które się wyciągają z drugiego brzegu rzeki bardzo szerokiej”.

Anna Majewska

środa, 11 stycznia 2012

Czyż nie dobija się koni?


Czasy kryzysu, desperaci biorą udział w maratonie tanecznym doprowadzając się do skrajnego wyczerpania i poniżając przed publicznością. Brutalna adaptacja miernej powieści Horacego McCoya w wykonaniu Sydneya Pollacka prowokuje, ukazując ile warte było 1500$, dzisiejsza równowartość 60 tysięcy PLN.

Film stał się na nowo aktualny, gdy wkroczyliśmy w nowy etap reality TV - format Big Brothera okazał się zbyt oczywisty. Widz potrzebuje poniżenia w ładnym opakowaniu. Odrzucenia i szyderstw ukrytego pod pozorami konkursu. Cierpienie i kpina sprzedają się równie dobrze dzisiaj, co wtedy.
Mistrz ceremonii grany przez Giga Younga, (w jego ostatnim występie przed tym jak zabił siebie i swoją żonę) snuje wokół tancerzy intrygi i wciąga ich w swoje gierki, aby publika miała okazje wybrać swojego ulubieńca. By urozmaicić zabawę, zmusza zawodników do udziału w pokazie talentów - ktoś zaśpiewa, ktoś zastepuje - najważniejsze, że od strony publiczności sypie się deszcz monet, które zawodnik zbiera ku uciesze gawiedzi. 
Z obsady wyróżnia się Jane Fonda, kobieta zmęczona życiem, która widziała już wszystko. Za to Sussannah York pozoruje się na pretensjonalną aktoreczkę, tak naprawdę pokazując finezję swojego warsztatu w scenie załamania nerwowego;
Do książki McCoya nie ma żadnego porównania. Reżyser uchwycił esencję przerysowanej powieści przekształcając ją w bogatsze i głębsze przedstawienie. W filmie z 1969 czuć ostre nieoczekiwane nuty, które porównać można tylko do "The Wall" albo "Obywatela Kane’a" oraz niesamowitą koncentrację na opowiadanej historii, niespotykaną w nowoczesnej kinematografii.
“Czyż nie dobija się koni” obrzydliwie skrupulatnie wytyka widzowi wszystkie jego przywary, zmuszając do napięcia w czasie oglądania tego żałosnego spektaklu. Chora rozrywka - chciałbym powiedzieć bez obawy o bycie posądzonym hipokrytą. 
tl;dr: Roman Wilhelmi w "Wojnie światów": http://goo.gl/ufMme






ox

Z Gliwic do Ostródy!

„JaHoo” to młody zespół wykonujący muzykę reggae. W pierwszym roku działalności udało im dostać się na najbardziej prestiżowy festiwal „Ostróda Reggae Festiwal”. Jak tego dokonali? Jak widzą swoją przyszłość? Rozmowa z Tomaszem „ToKiem” Królem, Tomaszem „dr Youngiem” Płonką i Andrzejem „Totentonem” Szymańskim - członkami zespołu „JaHoo”.

Jakub Jurkiewicz: Zespół powstał pod koniec 2009 roku. Jak przygotowywaliście się do pierwszego koncertu?
ToK: Przygotowywaliśmy długo i ciężko. Głównym problemem było zgranie zespołu, musieliśmy długo ćwiczyć. Nie sądzę jednak, żeby było to bardzo trudne doświadczenie.
drYoung: Mogę dopowiedzieć o pierwszym koncercie. Tomek powiedział, że długo ćwiczyliśmy... Moim zdaniem było to krótko; poszło bardzo szybko, jak na zespół dziesięcioosobowy. Spotykamy się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie. Pierwszy, premierowy koncert zagraliśmy w Rock'a Clubie, tam gdzie kiedyś istniał klub studencki Gwarek i debiutował legendarny gliwicki zespół reggae - R.A.P. Chcieliśmy zrobić podobnie. Przy naszej, gliwickiej publice.

JJ: Już w pierwszym roku działalności dotarliście na „Ostróda Reggae Festiwal”. Jak było z waszym wybiciem się?
ToK: Wybiliśmy się, bo jesteśmy dobrzy i dobrze gramy… (śmiech). Myślę, że duże znaczenie miała płyta. Nagraliśmy ją w maju. Jej premiera była na festiwalu w Ostródzie 11.08.2011r. Naszym głównym celem w tym roku było zagranie na tym właśnie festiwalu. Wcześniejsze koncerty były przygotowaniem do niego. Chcieliśmy dobrze wypaść. To nam się udało.
drYoung: Mówią o nas, że gramy trochę inaczej. W starym stylu, na który mało kto się porywa. Jest to troszeczkę inne reggae niż najbardziej popularne w Polsce. To daje nam możliwość wypełniania pewnej „niszy”.

JJ: Jak było w Ostródzie?
ToK: Koncert tam był bardzo fajny. Wyjazd do Ostródy był dla nas ukoronowaniem pewnego etapu, do którego chcieliśmy dojść. Ostróda to miejsce magiczne dla każdego wykonawcy muzyki reggae w tym kraju, atmosfera tego festiwalu jest niepowtarzalna.

JJ: W jaki sposób powstają nowe kawałki?
ToK: Spotykamy się i gramy. Raz, dwa razy w tygodniu. W zależności jak pozwala na to czas. Próby robimy w mniejszym składzie. Na nich „dżemujemy” i wymyślamy nowe numery. Najczęściej jednak ktoś przynosi pomysł na temat utworu – może to być np. refren wokalny, albo tzw. riddim. Staramy się układać frazy wokalne i do nich pisać teksty sugerując się klimatem muzyki i ilością sylab we frazie wokalnej, rzadko na odwrót. Potem nagrywamy to w kilku wersjach, kilku tempach, wybieramy to co najlepsze. Rozsyłamy mp3 po wszystkich i kombinujemy. Każdy w domu; osobno Na próbie znów testujemy te pomysły, nagrywamy, stwierdzamy czy się nadaje i tak powstaje utwór. Czasami potrafimy utwór wraz z tekstem zrobić na jednej próbie, ale bywa tak, że trwa to kilka tygodni, żeby dotrzeć do ostatecznej formy.
drYoung: Co trzeci wychodzi, a reszta odpada….
ToK: Obecnie na koncertach wykonujemy dwa numery, których nie ma na naszej płycie. Są to „Love fire” i „Love all around”. Gramy je od dwóch miesięcy. Przygotowujemy materiał na nową płytę.
drYoung: Utworów mamy na dwa krążki, tylko nikt nie chce nas wpuścić na scenę na dwie godziny. Gdy ktoś słyszy, że gramy ponad godzinę, to robi wielkie oczy.
ToK: Motywem naszej pierwszej płyty jest „dobre słowo”. Druga płyta będzie miła inny motyw przewodni, ale można się domyślić jaki, skoro mówiłem o dwóch nowych numerach.

JJ: Czy macie jakiś kawałek, który szczególnie lubicie wykonywać?
Totenton: Każdy kawałek to pewna historia z naszego życia. Nie chciałbym faworyzować żadnego, ale ja najbardziej lubię te wywrotowe, czyli np. „Deszcz”.

JJ: Gracie roots reggae. Czy jesteście nastawieni na inne nurty?
drYoung: Jeśli już szufladkować, to określiłbym to jako „conscious reggae”, jak to inni mówią. Inspirujemy się muzyką ze złotej ery reggae, czyli z lat 70-tych i początek 80-tych. Głównie rootsową ale i dubem i rock steady. Dla mnie „roots” w odniesieniu do naszej muzyki to trochę za daleko idący komplement.
ToK: Jednak wiele polskich zespołów, z którymi gramy określa naszą muzykę jako bardziej „rootsową” niż ich. Moim zdaniem gramy bardzo prostą muzykę, łatwą w odbiorze, nie udziwniamy nic na siłę.

JJ: Czy przytrafiła wam się jakaś ciekawa historia?
drYoung: Staramy się unikać dziwnych przygód. Jesteśmy zorganizowani logistycznie, do grania podchodzimy poważnie, z szacunkiem do słuchacza, więc nie pozwalamy sobie przed koncertami na jakieś „numery”. Może jest to nudniejsze, ale bardziej odpowiedzialne. Pomimo tego mieliśmy śmieszną historię. Rozwieszamy sobie plakaty, gdy nagle widzimy, że w naszą stronę idzie dwóch strażników Straży Miejskiej. Dorwali nas i wlepili nam mandaty. Byliśmy na to przygotowani mentalnie. Kiedy meldowali się do centrali, powiedzieli z dziką satysfakcją „mamy ich!”, jakby złapali co najmniej Paramonowa. Okazało się, że centrum monitoringu wysłało za nami kilka patroli....
Totenton: Przy dalszej rozmowie okazało się, że jeden z panów strażników gra na saksofonie i jest wspólnym znajomym, a drugi jara się Sizzlą, w ogóle reggae, dancehallem. Tego wieczoru więcej pieniędzy wydaliśmy na mandaty, niż dostaliśmy za granie, także wszystko było społecznie (śmiech).

JJ: Jakie wskazówki macie dla zaczynających granie?
drYoung: Apeluję o to, żeby przede wszystkim słuchać, a następnie ćwiczyć. Jeżeli ktoś myśli, że wyjdzie na scenę po miesiącu, czy dwóch grania, to się myli. Później wychodzi kwadratowe reggae, kwadratowy rock'n roll, czy blues, który nie jest bluesem. Cierpliwość, praca i odrobina talentu. Jeśli ktoś nie lubi ćwiczyć, niech się nie zabiera za sztukę bo tylko ją okaleczy, choćby miał talent. Tak jak do słuchacza, tak do sztuki trzeba mieć szacunek i pokorę. Lubię czasem posłuchać ulicznych grajków, młodych zespołów, grających na żywo i z sercem. Nawet jeśli nie jest to doskonałe, to nie oszukane, jak wiele gwiazd występujących z playbacku. Gwiazdy muzyki to tylko szczyt piramidy, w której ważny jest każdy kamień, nawet ten stojący u jej podstawy. Zauważam, że młodzi ludzie zanim czegoś się nauczą, już chcą zdobyć sławę i popularność, żeby najlepiej wystąpić w telewizji. Mają tzw „parcie na szkło”. Ja, wracając do grania, po 10 latach przerwy, musiałem nadrabiać zaległości z czasów, gdy mniej ćwiczyłem. Dziś nauka pewnych zagrywek zajmuje mi o wiele więcej czasu. Trzeba wykorzystać go, aby osiągnąć pewien poziom, bo wymagania publiczności rosną. Chodzi o to, żeby nie stać się tymi, którzy by sprostać wymaganiom stosują oszustwo, jak playback czy sampling (tłum. – widzisz na scenie trio, a słyszysz sextet, bo z komputera puszczany jest podkład kolejnych 3 instrumentów). Trzeba grać standardy, naśladując mistrzów, zaczynając od rzeczy prostych a dopiero potem przejść do trudniejszych. Nie należy tworzyć własnej muzyki, dopóki nie nauczy się choć kilku utworów innych wykonawców.
ToK: Nie „gwiazdorzyć”. Zawsze miło jest być oklaskiwanym na scenie, ale przede wszystkim trzeba do tego podchodzić poważnie. To jest najważniejsze. Miałem przygody z graniem, gdzie chodziło o to, żeby się wspólnie napić i pobawić. To mi nie odpowiada. W tej chwili nie podchodzimy tak do tego. Oczywiście, że spotkamy się czasami i napijemy „herbaty”, ale nie na tym się skupiamy. Do dzisiaj przychodzą do nas ludzie, którzy chcą spróbować śpiewać. Zapraszamy ich czasem na próby. Często wydaje się im, że umieją śpiewać, bo stoją przed lustrem i śpiewają do siebie. Wielokrotnie powtarzała się historyjka, że przychodzili, poświęcaliśmy im czas i nic nie wychodziło, bo nie mieli głosów, a często też słuchu.


JJ: Dziękuję za rozmowę!

czwartek, 15 grudnia 2011

,,Do szopy, hej pasterze!”


Przechadzając się ulicami Gliwic dostrzec już można świąteczne dekoracje. Są wśród nich choinki (jak na przykład ta na ulicy Dworcowej), kolorowe instalacje świetlne na latarniach, czy też Mikołaje jak z reklamy na każdym rogu. Za to już 16 grudnia na gliwickim rynku stanie bardzo istotny element Świąt Bożego Narodzenia – szopka. 

Centrum wydarzeń

Szopka nie będzie jednak tylko symbolem narodzenia Jezusa. Stanie się też punktem spotkań w czasie oczekiwania na Święta. Przewidywana wesoła i ciepła atmosfera, niestety – bez śniegu.

Imprezy przedświąteczne rozpocznie 16 grudnia „Świąteczny Rynek”. Od godz. 13 do 16 będzie można uczestniczyć w tworzeniu najdłuższego łańcucha czy występach i warsztatach pakowania prezentów przygotowanych przez dzieci i młodzież z gliwickich szkół. Do 22 grudnia w godz. 15.30 – 16.00 uczniowie będą również śpiewać kolędy i wystawiać jasełka.

Od 16 grudnia, w godzinach od 14-18 będzie można wybrać się na coś, co jest nieodłącznym, a dla wielu ulubionym elementem Świąt, czyli kiermasz rękodzieła oraz potraw i artykułami spożywczych związanych ze świętami Bożego Narodzenia. Specjalnie przygotowane kramy będą czekać na klientów do 23 grudnia.

21 grudnia, o godz. 16.00 świąteczne życzenia dla mieszkańców miasta złożą przy szopce Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic oraz ks. bp ordynariusz Jan Wieczorek. Harcerze natomiast przekażą Betlejemskie Światełko Pokoju, które każdy będzie mógł zabrać do domu.

Katarzyna Jajszczok z Wydziału Kultury i Promocji Miasta, zdradziła, że dużą niespodzianką dla mieszkańców będzie zmiana figury w Szopce. Wspominając zeszłoroczne postacie Świętej Rodziny, można stwierdzić, że jest to zabieg konieczny. Dodatkowo, każdy będzie mógł pozostawić w stajence ślad – między 16 a 22 grudnia, w godz. 16.00 – 18.00 w Galerii Miejskiej M(pi)K odbędzie się tworzenie postaci uzupełniających gliwicką szopkę.

24 grudnia, po Pasterce, figurka Dzieciątka zostanie przeniesiona do szopki z kościoła pw. Wszystkich Świętych.

Ze stajenką pożegnamy się 6 grudnia –w święto Trzech Króli – kiedy to zostanie rozebrana, podobnie jak według tradycji - choinki w wielu domach.


Więcej sztuki

Ale to nie wszystkie atrakcje. Galeria Miejska M(pi)K zaprasza np. na otwarcie wystawy linorytów
o tematyce świątecznej Ryszarda Dasiewicza (dla gości przygotowano limitowaną edycję świątecznego kalendarza autorstwa artysty) dnia 16 grudnia o godzinie 18.00. Między 16 a 22 grudnia, w godz. 16.00 – 18.00 będzie można również przyłączyć się do tworzenia gliwickiego łańcucha świątecznych życzeń oraz wspomnianych już postaci uzupełniających stajenkę. Łańcuch zostanie 22 grudnia powieszony w szopce – każdy będzie mógł przeczytać napisane na nim życzenia.

22 grudnia, o godzinie 18.00 rozpocznie się koncert Krystyny Prońko z zespołem. Zostaną wykonane największe przeboje związane z Bożym Narodzeniem w przepięknych jazzowych interpretacjach. Będzie to niezaprzeczalnie punkt kulminacyjny radosnego oczekiwania. Wejściówki są bezpłatne i do odbioru od 16 grudnia od godz. 16.00 w galerii. Kto pierwszy ten lepszy!





Aleksandra Hulboj

środa, 14 grudnia 2011

Karo-kari w Polsce?


“Hańba” przyniesiona przez 31 letnią Agnieszkę została najprawdopodobniej “zmazana” przez jej pakistańskiego męża Naema. Zgodnie z tradycją została zamordowana za ucieczkę od niewolniczego traktowania

Poznali się na dyskotece. Egzotyczna uroda Pakistańczyka spodobała się 18 letniej naiwnej dziewczynie. Po roku urodziło się im pierwsze dziecko. Dziś prokuratura podejrzewa właśnie męża polki o jej brutalne zabójstwo.

“Mężczyźni arabscy grają przed ślubem wyuczoną rolę opiekunów, dużo bardziej pociągających od europejskich mężczyzn. To się zmienia z dniem zawarcia ślubu - dosłownie z dnia na dzień” - powiedziała Superwizjerowi zagraniczna islamistka. Agnieszka w swoim oddaniu nauczyła się języka i wyjechała razem z chłopakiem do Pakistanu. W tym momencie przestało chronić ją polskie prawo. Okazało się, że po ślubie zaczęła być traktowana jak niewolnica - musiała wykonywać każde polecenie i żywić się resztkami ze stołu. Już w tym momencie jej znajomość kultury islamu prawdopodobnie podpowiadała jej, że nie wyjdzie ze sprawy cała i zdrowa. Postanowiła uratować czwórkę swoich dzieci - w tym pomógł polski konsulat - pożyczając pieniądze na ucieczkę do Polski. Agnieszka zaczęła pracować jako prostytutka by “spłacić” swoje dzieci rodzinie Naema. Na nic się to zdało - w ciągu kilku miesięcy - i on wrócił do Polski. Dziewczyna została znaleziona w płytkim grobie w lesie.

Każdego roku dochodzi do pięciu tysięcy “morderstw honorowych. To codzienność na zachodzie Europy - z problemem nie potrafi sobie poradzić sądownictwo brytyjskie ani niemieckie.

Jak podaje Onet, by wydać na kobietę wyrok wystarczy aktywność na Facebooku - sędziami w tej sprawie są męscy członkowie rodziny. Wyrok polskiego sądu może zadecydować czy to będzie pierwsze czy ostatnie karo-kari w Polsce - potrzebny jest precedens, bat, którego nie potrafili stworzyć w innych krajach europejskich.

sobota, 10 grudnia 2011

Sputnik wylądował


… w Gliwicach. Po raz kolejny kino Amok gości 5. już Festiwal Filmów Rosyjskich „Sputnik nad Polską”. Impreza rozpoczęła się wczoraj seansem „Moskwo, kocham Cię”.

Film (org. Moskva, ya lyublyu tebya!) powstał przy współpracy osiemnastu reżyserów, wpisując się w trend takich tytułów jak New York, I Love You czy Paris, je t’aime. Na projekt składa się kilkanaście pięciominutowych etiud, z których każdy pokazuje ułamek życia Moskwian, ich miłościach, rozstaniach,  smutkach i szczęściarz, a z każdej autorskiej opowieści bije przywiązanie i sentyment do tego magicznego miasta.

Jak podają organizatorzy: „To najlepsze autorskie kino rosyjskie ostatnich dwóch lat. W tym roku szczególna uwaga należy się filmowi Myśliwy” Bakura Bakuradze - surowemu, ascetycznemu portretowi ludzi zgłodniałych uczuć oraz filmowi „Palacz” - najnowszemu obrazowi uwielbianego i kontrowersyjnego Aleksieja Bałabanowa. Perełką w programie konkursowym jest również film „Obojętność” Olega Flangolca - Nagroda główna na Otwartym Rosyjskim Festiwalu Filmowym „Kinotawr" w Soczi.

Festiwal objęty jest honorowym patronatem prezydenta Rosji, Dmitrija Miedwiediewa. W specjalnym liście miał napisać: „Festiwal pomoże obywatelom polskim lepiej poznać Rosję i wzbogacić nieformalne kontakty twórców obu krajów. Dzięki niemu Polacy mogą poznać twórczość rosyjskich artystów i utalentowanych debiutantów.". Zaprezentowane na nim filmy zostały podzielone na cztery kategorie (Moskwo, kocham cię, Kalejdoskop, Rosyjska klasyka oraz, nowość, Rosyjski eros), a dodatkowo propozycje wyświetlane w pierwszych dniach imprezy należą do sekcji konkursowej jej warszawskiej edycji.

Cykl seansów „Sputnik nad Polską” w Gliwicach tylko do 23-ego grudnia. 


Harmonogram seansów na następne dni (za amok.gliwice.pl):

11.12. (nd) „Obojętność” 18:15 (sekcja konkursowa)
12.12. (pn) „Dom wiatru” 18:15 (sekcja konkursowa)
13.12. (wt) „Praktykowanie piękna” 18:15
14.12. (śr)  „Żyła sobie baba” 18:00
15.12. (cz) „Człowiek z kamerą filmową” 20:15
16.12. (pt) „Stworzył nas jazz” 18:15
17.12. (sb) „Dziwadła i ludzie” 18:15
18.12. (nd) „Jesień” 18:15
19.12. (pn) „Katia Ismailowa” 18:15
20.12. (wt) „Ciało” 18:15
21.12. (śr) „Naga w kapeluszu” 18:15
22.12. (cz) „Ziemia ludzi” 18:15
23.12. (pt) „Szczęśliwi ludzie” 18:15 

piątek, 9 grudnia 2011

Ikary w Willi Caro


Już niebawem będzie można podziwiać zbiór prac Andrzeja B.Górskiego. Inauguracja wystawy odbędzie się 13 grudnia o godzinie 17.30 w Willi Caro. Gliwiccy miłośnicy fotografii niecierpliwie czekają na tę nieprzypadkową datę i spotkanie ze światem nieprzypadkowego artysty.


Na początku lat 70 powstał przejmujący obraz widniejący na plakatach promujących wydarzenie – człowiek wznoszący rękę w geście zwycięstwa, w którego wycelowana jest broń. Dziś wystawie złożonej z kolaży, fotografii i instalacji powstałych w latach 1971-1988 towarzyszy powracające w twórczości Andrzeja Górskiego odwołanie do Ikara. Motyw ikaryjski, pozostając przy uniwersalnym charakterze wariacji mitologicznych, poprowadzi nas przez nierozłączną relację artysty z mechanizmami historii.

Anna Majewska

sobota, 3 grudnia 2011

(Nie)sprawny Dzień Niepełnosprawnych


Za rok o tej porze będziemy celebrować okrągłą, dwudziestą już rocznicę ustanowienia przez ONZ Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych. Czy w związku z tym zostaną zaplanowane jakieś szczególne obchody? Wczoraj, jak i w poprzednich latach, dzień ten przez media został raczej przemilczany. Na żadnej ze stron głównych czterech największych portali informacyjnych w kraju nie pojawiła się o nim choćby wzmianka. Można było natomiast dowiedzieć się „co [Kate Middleton] robiła z zębami”, „jak wybrać idealną oliwę” oraz poczytać o „Dodzie na >>ptaszku<<”. Jeden z serwisów wspomniał wprawdzie o pewnej dziewiętnastej rocznicy, ale… SMS-a. Tym sposobem, wiadomość tekstowa oraz okazała się ważniejsza od ok. 650 milionów niepełnosprawnych na całym świecie*.

Ustaliwszy już priorytety społeczeństwa, nasuwa się na myśl pytanie: czy w ogóle potrzebujemy Dnia Niepełnosprawnych? Na ulicach gdy mija nas osoba na wózku, (nie?)świadomie schodzimy jej z drogi, wcale nie po to, by zrobić więcej miejsca, ale dlatego, że wywołuje w nas … co właściwie? Poczcie winy, że jesteśmy zdrowi? Lęk? Obrzydzenie? Boimy się zależności od kogoś. Utraty kontroli nad własnym ciałem. Ale to nie my każdego dnia żyjemy z tak bolesną świadomością naszych słabości. Uwaga, zmierzam do zaskakującego wniosku. Osoby niepełnosprawne to ludzie. Różni nas zaledwie ilość sprawnych zmysłów, poziom, z którego patrzymy na rozmówcę, czy jeden chromosom. Tylko i aż ludzie. Pośród nich znajdą się osoby ciepłe. Irytujące. Kochające. Kłótliwe. Ambitne. Leniwe. Obowiązkowe. Humorzaste. Normalne. Niewiarygodne, prawda? 


Tak inni. Tak podobni. W jak każdej zróżnicowanej grupie, trudno przyjąć im jedno sprecyzowane stanowisko. Niektórzy za poniżający uznają fakt, że traktuje się ich ze specjalnymi względami. Nieporadne warzywka. Znajdą się też i tacy, którzy dostrzegają, że pewne bariery są dla nich nie do pokonania. Co w takim razie my możemy mieć do powiedzenia? Gdybyśmy wiedzieli, chyba nie byłoby potrzeby ustalania takiego święta.

Motto tegorocznego  Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych: Together for a better world for all: Including persons with disabilities in development.



* dane na podstawie WHO

Wiktoria Uljanowska

czwartek, 1 grudnia 2011

Google uczciło polskiego wirtuoza science fiction


Gra Cyberiada - Google Doodle dla Stanisława Lema - 23 listopada zaskoczyła na stronie wyszukiwarki kilka milionów europejczyków.

Na część 60 rocznicy wydania pierwszej powieści - "Astronauci" - znakomitego polskiego pisarza science-fiction, Stanisława Lema, Google przygotował nie lada gratkę dla fanów science fiction. Cała sprawa nie byłaby aż tak nadzwyczajna, gdyby nie to, że w lemowego doodla można... zagrać. Google zmieniał już swoje logo w 30 rocznice powstania Pacmana, na czas olimpiady, w rocznice wprowadzenia alfabetu Breille'a i Morse'a. Do 23.11 za najlepsze było uważane logo-gitara na cześć Les Paula. Teraz blogerzy na całym świecie spójnie twierdzą, że logo na cześć Lema to najbardziej spektakularne logo z serii Google Doodles - wprawiło w zachwyt francuzów, Niemców i Rosjan - "Tres bon Doodle !!" - komentują.

Sophia Foster-Dimino, która wykonywała ilustracje do doodla mówi: "Powieści Lema bywają ponure, w porównaniu do nich Cyberiada wydaje się lekka i optymistyczna, mimo, że nadal porusza tematy filozoficzne, które można znaleźć w reszcie jego twórczości". Doodle powstał we współpracy z Łucją Mróz-Raynoch, córką Daniela Mroza - autora oryginalnych książkowych ilustracji.


"Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów."


Wydarzenia w Cyberiadzie rozegrały się w przeszłości, ponieważ „Świat po dziś dzień pozostał już cały podziurawiony nicością". Konstruktor Trurl - to wynalazca maszyny, sprytnej i przebiegłej, która nie potrafiła stwarzać rzeczy na inną literę niż „n”, ale umiała zniszczyć wszystko, co istnieje na świecie, ponieważ ta czynność kryje się pod słowem „nicość”. Nauczyła zawistnego Klapaucjusza, że nieprzemyślane decyzje naukowców mogą się zakończyć wielką katastrofą.

Nakład pracy projektantów widać w przygotowaniu wielu wersji językowych, spójnych z oficjalnymi tłumaczeniami. Po angielsku zamiast nici i naparstka natkniemy się na igłę (needle) i makaron (noodles). Po rosyjsku odpowiadają polskim, ale zaczynają się znakiem H.


"Im bardziej zaawansowane technicznie (doskonalsze!) medium, tym bardziej prymitywne, błahe i bezużyteczne wiadomości są przy jego pomocy przekazywane."


Komentujący skłaniają się do opinii, że Google w jeden dzień wypromował polską sztukę lepiej niż organizacje do tego powołane w rok. Do stworzenia logo programiści Google'a wykorzystali technologię HTML5. Jak sami przyznają - był to najbardziej skomplikowany doodle wydany do tego czasu przez firmę.

do obejrzenia: http://goo.gl/b2c7c
galeria produkcji: http://goo.gl/7X3on

Stanisław Lem - ateista, najczęściej tłumaczony polski autor (40 języków; 30 milionów sprzedanych egzemplarzy), prawdopodobnie jedyny doceniony za granicą polski pisarz science fiction. Zmarł 27 marca 2006, w tym roku obchodzilibyśmy jego 90 urodziny. Niektórzy doszukują się w jego twórczości prototypów Matrixa (Dzienniki Gwiazdowe), Avatara (Galaktyka II),  Internetu, tabletów i nanotechnologii. Upamiętniono go nadając planetoidzie 3836 nazwę "Lem". Patronuje także pierwszemu polskiemu satelicie, którego wyniesienie w kosmos jest planowane na wrzesień 2012.


"Na szczyt można wejść, ale wszystkie drogi ze szczytu prowadzą w dół!"


ox

"20. Nothing is to be taken seriously"*

Facebook zgromadził już ponad 800 milionów użytkowników, w tym 10 milionów Polaków. Taka ilość to próbka statystyczna o rzędy większa od ilości ankietowanych w  jakichkolwiek badań przeprowadzanych przez profesjonalne firmy audytorskie. Badanie IMAS International dowodzi, że 66% polskich użytkowników przyznaje, że "lubi" przynajmniej jedno oficjalne konto. Ponadto mniej niż połowa, bo 43% kiedykolwiek "odlubiła" fan page'a. Listę najpopularniejszych fan page’ów otwierają wielkie korporacje jak Coca Cola czy Disney zaraz za YouTubem, Rihanną i Justinem Bieberem. Jednak trudno wyciągać interesujące wnioski w oparciu o marki z jakimi obnoszą się użytkownicy Facebooka. Najbardziej interesujące są strony nieoferujące niczego poza cwaną uwagą z którą może utożsamić się użytkownik. I tak listę najpopularniejszych w serwisie lubie-to.net otwiera wywód niespełnionego romantyka: "Pamiętaj dziewczyno, jak chłopu zależy, to żeby skały srały, a mury pękały, to znajdzie czas i sposób, żeby się z Tobą skontaktować." - z 69 tysiącami fanek. Swoistą odpowiedzią jest "nie lubię pisać pierwszy bo wtedy mam wrażenie, że osoba do której napisałem wcale nie chce ze mną rozmawiać". Dialog rozwija się w "Znasz ten kawał? przychodzi facet i mówi prawdę.", a ci z większą potrzebą wywleczenia na wierzch swoich nastoletnich problemów mówią "Udajesz że wszystko jest okej a tak naprawdę rozpierdala Cie od środka.". Środek listy składa się z bezpośrednich komunikatów do płci przeciwnej zaczynając od "kurwa jak ty mnie kręcisz" (47 tysięcy fanów) przez porady "Kobiety nie lubią niezdecydowanych facetów. Potrzebują męskich charakterów, męskich decyzji, męskich gestów i poważnych działań." po przechwałki "dobrze miec faceta, który mimo twoich 12-centymetrowych szpilek, nadal patrzy z góry". Dalej dochodzimy do wiadomości dla nieokreślonej publiki otwieraną przez marzenia dojrzałych użytkowników "Byle do: przerwy, domu , piątku i wakacji." po sarkastyczne wyjaśniania jak "Czasem śpię w dzień. Tak kurwa, jak emeryt." oraz "Nie kłócę się, wyjaśniam tylko, dlaczego mam rację.

Korzystający z FB to ludzie w olbrzymią ilością znajomych, tym którym boją się powiedzieć o swojej przyjaźni przekazują to w zawoalowany sposób lubiąc stronę "Są tacy ludzie, których jak tylko zobaczę mam zaciesz na twarzy :)" A skoro są już znajomi - czas na imprezę - "Morał jest krótki, i niektórym znany. Jutro jest piątek - i będę pijany" i "pijackie rozmowy na ważne tematy". Reszta zadowoli się krzykliwym ironizowaniem "NIE ZNOSZĘ IMPREZ, ALKOHOLU, CHŁOPAKÓW, PAPIEROSÓW I SEXU ! SZKOŁA MNIE JARA !".

Listę zainteresowań kończy zaklinanie rzeczywistości - od "chce być chudsza" poprzez "od jutra nie jem" aż do "od wódki rosną cycki", sentencje przyszłych filozofów pokroju Paulo Coelho "zło jest złem, obojętnie kto je wyrządza czy wypowiada" i sarkastycznie o sarkazmie "Prowadzenie sarkastycznej rozmowy z kimś kto myśli, że mówisz poważnie - bezcenne."

"hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaha. nie rozumiem." to ostatnia pozycja w kolejce.

ox

* 4chan - Rules of the Internet

piątek, 25 listopada 2011

Zapałkarz


Mały pokój pachnący kminkiem i drewnem, zielonkawe ściany, okno wychodzące na tłoczną ulicę, piramida pustych, papierowych pudełek – tutaj powstały misterne konstrukcje monumentalnych wieży wyciągowych, wiatraków i mostów cierpliwie wznoszone z… zapałek. Janusz Urbański, rudzki artysta i pasjonat, na jednym wydechu potrafi wymienić tysiąc zastosowań pudełka zapałek, snując opowieść o przygotowaniu szopki bożonarodzeniowej, którą lada dzień będzie można podziwiać w Kościele pod wezwaniem Ducha Świętego w Czarnym Lesie.
 Z gliwickich budowli fascynował mnie szyb kopalni ”Sośnica”, nieużywany, jeden z tych największych. Stał chyba na 100 metrów wysoki i tak mnie jakoś zainspirował. Obiekt nieskończony – mówi.

Praca nad konstrukcjami, chociaż żmudna i czasochłonna, toczy się w zawrotnym tempie i przynosi mnóstwo satysfakcji, a pan Janusz dniami i nocami skleja kolejne elementy.
 Robię takie budowle, które przyciągają wzrok, czyli na przykład mosty. Te mi się podobają. Proszę popatrzeć, tak to wygląda. Na most Waszyngtona zeszło mi 38 tysięcy zapałek, trzeba było wszystko odpowiednio wyważyć, żeby było stabilne, ale poszło szybko. Ten most najbardziej podoba się dzieciom - zrobiłem z niego tor dla plastikowych samochodów.
Konstrukcje są wyjątkowo wierne rzeczywistym budowlom, a pan Janusz z satysfakcją podkreśla ich zdumiewający realizm i harmonię każdego zapałkowego łuku.
 Zazwyczaj używam zdjęć i potem rekonstruuję to wszystko z życia - tak jak widać. Nie stosuję żadnych tekturek, tylko zapałki. Trzeba być konsekwentnym – dodaje.

Podczas gdy trwa praca nad pierwszą na Śląsku bożonarodzeniową szopką w całości wykonaną z zapałek, „pozytywnie zakręcone” hobby artysty cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Na pytanie, jak z kawałka drewna „wydłubać” arcydzieło, pan Janusz odpowiada rzeczowo:
– To dosyć proste. Potrzebny jest klej, nóż… no i zapałki.

Anna Majewska

Barka piękna jak karaluch - czyli utopia koloru wina


W epoce betonowych lasów i multimedialnego gąszczu nie trzeba sięgać po Morusa, Campanellę czy Woltera w poszukiwaniu idealnych światów. Wystarczy błyskawiczna rejestracja, aby stać się członkiem społeczności oficjalnej strony Wielkiej Rzeczpospolitej: znaleźć się na liście honorowych obywateli, przeglądać dane Centralnego Archiwum Rządowego, zredagować artykuł dla Oficjalnego Serwisu Informacyjnego i móc zabrać głos na forum. Po męczącym dniu w pracy, zamiast śledzić przygnębiające doniesienia brukowców, internauci studiują bieżące wydarzenia na portalu, gdzie codziennie można przeczytać o nowych, oszołamiających sukcesach rodaków reklamowanych hasłem: „Niewiarygodne? W roku 2061 to normalne!”. Wielka Rzeczpospolita jest krajem, w którym studenci pisują do dziekanatu rozpaczliwe petycje z prośbą o poprawę egzaminów z powodu zbyt dobrych ocen i wysokiej zdawalności, dziennikarze powołują się wyłącznie na niezależnych ekspertów, podczas gdy doprowadzeni do bankructwa eksperci zależni na znak protestu całymi dniami pikietują pod siedzibami mediów, polscy siatkarze grają na poziomie przewyższającym najwyższy poziom, przedszkolaki pracują nad modernizacją zbrojeń Korpusu Inwazyjnego, a imperium obejmuje terytorium sześciu kontynentów i południowo-wschodnich połaci Marsa charakteryzujących się niezwykle sprawną administracją. W każdej chwili można skorzystać z zaawansowanej technologicznie przeglądarki internetowej „Binookle”, aby odnaleźć potrzebne informacje.


Wirtualna rzeczywistość żartobliwej idealizacji, panmaskarady i nieustannego puszczania oka pozwala uciec od codziennych problemów. Polemika z realnymi wydarzeniami o niepokojąco ostatecznym charakterze jest prowadzona przy pomocy karykatury. Śmiejąc się, odpoczywamy od uciążliwych, codziennych perypetii. Dobrze jest przy kubku gorącej herbaty czytać o podbojach, hegemonii i spadających cenach ropy, jednak idealna rzeczywistość to złudny obraz. Internauci, którzy prozę dnia powszedniego konfrontują z alternatywną rzeczywistością pełną szczęśliwych zakończeń, szczerych intencji i malejącej inflacji, nie potrafią zaakceptować realnego świata. Rezygnacja, z jaką odrzucają wymagające, codzienne wyzwania sprawia, że wirtualna zabawa jest postrzegana jako prawdziwe życie, a przygnębiony amator portali społecznościowych staje się niewolnikiem upragnionego fantazmatu utopii. Współczesne marzenia o idealnej rzeczywistości przypominają tęsknotę bohaterów Cortazara za „barką koloru wina, piękną niby lśniący czystością karaluch”, która odpływa zawsze, zanim jest już za późno.


Anna Majewska

czwartek, 24 listopada 2011

Internet w pogoni za gliwickim gwałcicielem


Po apelu gliwickiej policji kilkadziesiąt tysięcy internautów dowiedziało się o grasującym od sierpnia gliwickim gwałcicielu


Użytkownik barbra19 (od dwóch lat zarejestrowany na portalu wykop.pl) 6 dni temu dodał apel o pomoc w ujęciu gwałciciela. W krótkim czasie ponad 1000 użytkowników “wykopało” post, plasując go na pierwszym miejscu strony głównej odwiedzanej dziennie przez 35 000 internautów. Niektórzy z nich dali upust swojej frustracji w komentarzach: “Jak ja nie cierpię takich zboków. Każdy taki seryjny zbok powinien być zdybany i z urzędu kastrowany.” albo “Czy nasza policja potrafi tylko pałować staruszki, a w prawdziwych śledztwach muszą szukać pomocy u internautów?”. Kontrować próbował damianoos: “tylko że przestępca działa wyłącznie w rejonie Gliwic, które są średniej wielkości miastem. Czy potrzeba aż takiego rozgłosu? (…) Studiuje w Gliwicach, pomimo że tam nie mieszkam, to już o tej sprawie wiem od dłuższego czasu. Podobnie moi znajomi. Miejscowi znają problem i nie jeden raz widzieli już ten portret pamięciowy. Po co więc ogłaszać to na całą Polskę? Gdyby to był przestępca który działa na terenie całego kraju, nie miałbym nic przeciwko”, został zasypany minusami i odparty prostą logiką hotsteppera “Słyszałeś kiedyś o gwałcicielu który działał na terenie CAŁEGO kraju?”. “Całkiem przystojny facet.” - żartobliwie podsumował całą sprawę bennny. 
Poszukiwany ma wzrost około 175-180 cm, jest szczupłej budowy ciała. Ma około 30 lat. Policja prosi o zgłaszanie się kobiet, które zostały zaatakowane, ale dotychczas nie złożyły zawiadomienia o przestępstwie.






ox

poniedziałek, 21 listopada 2011

„Od Piaf do Garou” Michała Bajora


26 listopada o godzinie 19 w Gliwickim Teatrze Muzycznym, Michał Bajor zaprezentuje publiczności recital „Od Piaf do Garou”.

To już 17 płyta w karierze Michała Bajora, a nadal zachwyca i przyciąga nowych słuchaczy. Od wielkiego wydarzenia, jakim była rola w spektaklu muzycznym pt. „Brel” w warszawskim teatrze Ateneum, aktor i piosenkarz poświęcił się prawie całkowicie karierze związanej z muzyką.

Artysta ma już na swoim koncie własny teatr piosenki, z którym podróżuje po całym świecie z wieloma recitalami. Ponad ćwierć wieku piszą dla niego najlepsi kompozytorzy i autorzy tekstów. Ponownie zachwyci nas piosenkami z repertuaru m.in. Edith Piaf, Charles Aznavour, Yves Montand, Gilbert Becaud, czy Garou.

Gliwicki Teatr Muzyczny serdecznie zaprasza wszystkich melomanów.
Bilety w cenie 55zł i 60zł.

Kasia Baryn

Warsztaty literackie w ramach „Klubu Literackiego”

30 listopada o godz.16.30 Centrum Organizacji Kulturalnych Perełka organizuje warsztaty literackie w ramach „Klubu Literackiego”. W ten wieczór, „Perełka” ma zaszczyt gościć Krzysztofa Siwczyka, który poprowadzi spotkanie.

Krzysztof Siwczyk jest poetą, autorem wielu wierszy, współtwórcą grupy poetyckiej „Na dziko”, aktorem oraz recenzentem literackim.

Warsztaty skierowane są do osób, które interesują się pisaniem wierszy i prozy. W żaden sposób nie wymagane są jakiekolwiek doświadczenia w tym zakresie, czy profesjonalne umiejętności. Ich celem  jest m.in. aktywna praca nad badaniem tekstu literackiego, ćwiczenia warsztatowe, interpretacja tekstów oraz udzielanie pomocy w publikacji prozy, wierszy, recenzji w prasie literackiej i ogólnopolskich periodykach kulturalno-społecznych. Zaproszeni są wszyscy, bez względu na wiek.

Klub Inicjatyw Kulturalnych serdecznie zaprasza do „Perełki” (Filia GCOP) ul. Studzienna 6, w poniedziałki o godzinie 17.30. Szczegółowe informacje uzyskać można telefonicznie pod nr (32) 231 55 36 (pon.-pt. od 13.00 do 18.00) lub nr 885 520 278.




Kasia Baryn

poniedziałek, 14 listopada 2011

Maratony filmowe Sagi Zmierzch


Trzy największe sieci kinowe w Polsce w okolicach 17 listopada zaoferują swoim klientom wampirzą noc.


Maratony filmowe to sprawdzony i dobry sposób na przyciągnięcie widza przed ekran i zrobienie użytku ze starych części serii. Widz z jednej strony ma możliwość przypomnienia sobie niedokończonych wątków, a z drugiej okazję do zobaczenia przedpremierowego pokazu części najnowszej. W tym przypadku w czwartek, 17 listopada, o godzinie 16 w Multikinie i 19.30 w Cinema City rozpocznie się projekcja pierwszej części sagi. Następnie zobaczymy Księżyc w Nowiu i Zaćmienie. Tak aż do północy, kiedy zostanie zaprezentowane premierowe Przed Świtem cz. 1. Inną taktykę zastosowała sieć Helios - u nich maraton startuje 18 listopada o godzinie 23, by skończyć się następnego ranka, przed świtem, o godzinie 7.00.
Saga Zmierzch to twór amerykańskiej pisarki Stephanie Mayer. Popularność serii jest swoistym fenomenem kulturowym, ku niezadowoleniu krytyki literackiej, zarzucającej Mayer, brak umiejętności formułowania zdań oraz infantylność. Początkowo Zmierzch był dostępny do kupienia w sklepach mormonów (Mayer jest mormonką), jako propagujący wstrzemięźliwość seksualną oraz wartości takie jak małżeństwo, później jednak został wycofany z obiegu gdy hierarchom ichniejszego kościoła otworzyły się oczy na ciągłe erotyczne napięcie pomiędzy głównymi bohaterami - Edwardem i Bellą. 
Filmowe adaptacje sagi zbierają skrajne opinie - od entuzjastycznych ocen zagorzałych fanek do drwin męskiej części publiczności. Mimo wszystko każdy może odnieść wrażenie, że ekipa filmowa uczy się robić filmy - kręcąc je i tak każda kolejna część serii jest nieco lepsza od poprzedniej pod względem scenariusza i kwestii technicznych. Smuci jedynie pazerność producentów, którzy prawdopodobnie biorąc przykład z ostatniej części Harrego Pottera, podzielili film na dwie części, wyświetlane w odstępie roku.



ox

Komórkowi didżeje


Niedawno zmarły Steve Jobs, który zrewolucjonizował branżę muzyczną, na swojej konferencji powiedział, że muzyka towarzyszyła nam od zawsze - ta opinia zasłyszana przez kogokolwiek, kto zetknął się z nieużywaniem słuchawek w komunikacji publicznej wywołała jedynie pusty śmiech.


Trudno udawać, że słysząc komórkowych didżejów nie wiemy jak wyglądają. Nawet teraz jego/jej obraz pojawi ci się przed oczami, jeżeli kiedykolwiek miałeś z nim/nią/nimi przyjemność.  Sieć Cropp zwietrzyła interes tworząc w internecie reklamę wirusową «‪Używanie słuchawek nie boli!‬”, która jest tak właściwie, tylko ciekawostką. Nie może mieć realnego wpływu na grupę o której traktuje, ponieważ z założenia jest skierowana do innej części młodzieży. Po co sieci odzieżowej klienci bez pieniędzy w portfelu? Na ogół więc nie potrzeba wiele wysiłku by dostrzec korelację pomiędzy wykształceniem a gatunkiem słuchanej muzyki. Ale skąd te różnice? Czy to po prostu lepiej wykształcony smak? Wpływ otoczenia/rodziców? Jeśliby spojrzeć na muzykę z pragmatycznego punktu widzenia - biznesmena powinna zrelaksować, artystę natchnąć, a kibica zagrzać do walki. Więc może właśnie dlatego ci ostatni lokują swoje gusta w plemiennych rytmach? Pseudonaukowcy próbowali lansować hipotezę o wpływie muzyki na wzrost roślin. Uzasadniali to «pamięcią wody», głupstwem które ma swoje korzenie w homeopatii. Szkoda, że to nieprawda, bo wtedy mielibyśmy prawo (poparte dowodami), że jedne gatunki są “lepsze” od innych. Dwa lata temu w Wyborczej student UJ odpowiadał rozgoryczonej pani profesor, że muzyka klasyczna to niekoniecznie kompozytorzy XIII-XIX wieku, podsumował swój wywód zdaniem “słucham Pink Floyd, nie Chopina. Czy nie ma już dla mnie nadziei?”. Mozart był kompozytorem popularnym w swoich czasach, dziś wyzywalibyśmy go od komercyjnych. Wystarczyło 220 lat. Podobnie było z zespołem The Beatles.
Więc..czy za 30 lat Lady Gaga wejdzie do kanonu klasyki?!



ox

poniedziałek, 31 października 2011


BOLSHOI BALLET SEASON 2011/12
W sezonie 2011/2012 kino AMOK proponuje widzom udział w 5 transmisjach baletów Teatru Bolszoj. Balety do muzyki Czajkowskiego, Szostakowicza, Głazunowa, Pugniego i Adama w wykonaniu najwybitniejszych artystów gwarantują niezapomniane wrażenia.
Drugim, obok „The Metropolitan Opera: Live in HD" projektem, którego realizacja jest możliwa dzięki najnowszemu projektorowi cyfrowemu, są transmisje spektakli baletowych z Teatru Bolszoj w Moskwie. Balet Bolszoj i Opera Bolszoj należą do najstarszych i największych zespołów baletowych i operowych na świecie - każdy widz otrzyma zatem możliwość uczestnictwa w wydarzeniach artystycznych na światowym poziomie. Teatr Bolszoj jest międzynarodowym symbolem rosyjskiej kultury, a jego zespół należy do największych i najdoskonalszych na świecie, będąc powszechnie kojarzonym z niezwykłym przepychem realizacji scenicznych. Repertuar Baletu Teatru Bolszoj, zawiera zarówno arcydzieła klasyki baletowej, jak i produkcje nowoczesne. Obecny dyrektor artystyczny Yuri Burlaka szczególnie ceni dzieła XIX-wieczne, wystawiane w oparciu o oryginalne choreografie.
Wszystkich melomanów i wielbicieli sztuki baletowej serdecznie zapraszamy.
Więcej informacji dotyczących spektaklu oraz rezerwacji biletów możemy uzyskać na stronie internetowej: www.amok.gliwice.pl
Kasia Baryn