Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2012

"I wszyscy już są..."

Od poniedziałku do piątku o 18:00 kilkanaście tysięcy osób ogląda co do powiedzenia ma Włodek Markowicz i Karol Paciorek - dwóch chłopaków z Krakowa z niesamowitą energią i zdolnością przekazu. Sami o sobie piszą "Rozrywkowy felieton publicystyczny". 

W ciągu zaledwie roku kanał Lekko Stronniczy na youtube uzbierał ponad 35000 subskrybentów. Liczba ta powtarza się także na facebooku. Raz na jakiś czas chłopcy organizują spotkania z widzami, tzw "Lekko stronnicze piwo" gdzie fani mają okazję spotkać się z Karolem i Włodkiem, zamienić parę zdań przy przysłowiowym piwku. Niedawno, bo 10 lutego br, odwiedzili Katowickie Oko Miasta. Było to do tej pory najbardziej liczne spotkanie. Obecni mieli okazję uczestniczyć też w nagraniu odcinka na żywo. Pomimo całego zamieszania i mało sprzyjających warunków pogodowych, znaleźli chwilę, żeby ze mną porozmawiać.

Sandra Ledzion: Ile czasu zajmuje wam złożenie odcinka, łącznie z zebraniem materiałów do niego, nagraniem i montażem?
Włodek Markowicz: Wiesz co, samo nagranie zajmuje nie wiele czasu
Karol Paciorek: Cztery godziny!
WM: Nie, to co widzieliście na piwie, to jest nagranie, to jest faktycznie, 11 minut
KP: Ale jeszcze trzeba zmontować!
WM: No tak, montowanie to jest jakieś 3-4 godziny

SL: Spodziewaliście się takiego sukcesu?
KP: Co to jest sukces? Zdefiniuj
SL: Biorąc pod uwagę choćby dzisiejszą frekwencję, a nie jest to jedyne piwo które organizowaliście, dużo osób was ogląda, występy w telewizji i chociażby warsztaty, które przyjechaliście prowadzić, możemy myślę uznać to za sukces?
KP: Ile to jest dużo? Cieszymy się z tego co udało nam się osiągnąć, jakkolwiek zdefiniujesz sukces. Wielu ludzi, paradoksalnie kojarzę z youtube, którzy mają w stosunku do nas dużo mniej wyświetleń, widać olbrzymią radość i robią filmiki o takich wydawać się może prozaicznych tematach...
WM: Inaczej, wbrew pozorom czujemy się tak samo spełnieni jeśli chodzi o Lekko Stronniczego, jak czuliśmy się na pierwszym piwie w Krakowie. Serio, bym się szarpnął ze stwierdzeniem, że tam było..
KP: Lepiej?
WM: Nie wiem czy lepiej, było bardziej osobiście, było około 70 osób.
KP: A nie 40 miliardów jak dziś tutaj.

SL: A wolicie jak jest więcej osób czy mniej?
KP: Fajnie jak jest więcej ludzi, ja się cieszę jeżeli ktoś chciał autograf czy zrobić sobie zdjęcie, ja się bardzo cieszę że on może coś takiego chcieć, bo ogląda to jest w porządku, zupełnie ok, natomiast jak podpisywałem autografy w pewnym momencie mnie chwyciło coś takiego że nawet nie patrzyłem tym ludziom w oczy...
WM: Ja też..
KP: Nie było okazji, patrzysz na kartkę cały czas
WM: Wielki minus w tym przypadku akurat - im więcej ludzi tym mniej tej interakcji, kurcze, nawet nie kojarzę już ludzi.. Przepraszam!

SL: Jak bardzo LS wpłynął na wasze prywatne życie?
KP: No wiesz, zajmuje nam 5 dni w tygodniu!
WM: No to jest naturalne, że zmieniło się nasze życie normalne, prywatne, brakuje czasu.

SL: Ale czujecie się rozpoznawalni?
KP: Czasem nas rozpoznają, najbardziej w Warszawie
WM: Trzeba po prostu chodzić w dużej czapce
SL: I okulary!
WM: No! I jest okej

SL: Różnice w charakterach pomagają wam czy przeszkadzają?
KP: Jakie różnice?! Nie ma żadnych różnic, Włodek lubi "The Social Network", ja nie lubię, jakie różnice!
WM: Zdecydowanie pomagają, ale nie widzę tych różnic! Jak byśmy byli tacy sami to pewnie nie byłoby tej rozmowy
KP: Ej, koksowniki mają!
WM: Nawet ludzie korzystają, bo w Krakowie widziałem koksowniki i stała tylko jedna osoba i to dla lansu, z iPhonem w drugiej ręce
KP: A weź!
WM: Więc, jak byśmy byli tacy sami to byłoby głupie
KP: No, prawie jak ten dym nad Katowicami, on jest głupi
WM: Smog!
KP: Pylicy można dostać! Przemujemy ten wywiad!

SL: Ale co możecie powiedzieć o Katowicach?
KP: Nie mieliśmy okazji zobaczyć, bo byliśmy zajęci od rana, no ale Włodek był pare razy w Katowicach, ja byłem pare razy w Katowicach...
WM: Nie byłem! Serio, to jest mój pierwszy raz! Powiem tak, spodziewałem się mniej, że to jest mniejsze miasto, dziękuję.
KP: No. Trochę jak cały Śląsk jest smutne. Co nie znaczy, że ludzie są smutni
WM: I to ludzie czynią te miasto takim pięknym, Włodek Markowicz

SL: Jest cokolwiek co mogłoby was skłonić do zakończenia LS?
WM: Ktoś z nas musiałby zrezygnować, np wyjechać za granicę.
KP: Jest to jedno z częstszych pytań które uważam za bez sensowne
SL: Przepraszam!
KP: Nie, ale nie jesteś jedyną osobą która o to pyta, nawet ostatnio w telewizji dostaliśmy pytanie "a co jak się rozpadniecie", ale już ci mówię o co chodzi, na przykład jak ktoś zaczyna z kimś chodzić to nie pytasz się go "a kiedy się rozstaniecie?", dlatego uważam to za szukanie dziury w całym, wiesz.
WM: Musimy po prostu wierzyć że będziemy robić to bardzo długo
KP: A to pytanie można zadać inaczej, na przykład "Jak długo zamierzacie jeszcze robić LS?"
WM: To może odpowiemy
KP: Długoooooooo!

SL: Macie jakiś określony target jeśli chodzi o odbiorców? Wiemy, widzowie są rózni, grupy wiekowe są dość rozbierzne. Robicie ten program tak po prostu, po swojemu czy bardziej macie w tym jakiś przekaz pod daną grupę?
WM: Staramy się rozmawiać do ludzi którzy zrozumieją nas w stu procentach, czyli ludzi w naszym wieku. Najłatwiej rozmawia nam się z takimi ludźmi. Oczywiście, jeśli ktoś jest starszy czy młodszy to też okej. Dla mnie naturalnym jest że młodsi ludzie to oglądają, bo fajnie się ogląda tych co są już na studiach, sam bym oglądał, ale raczej staramy się rozmawiać do ludzi, których moglibyśmy uznać za naszych rówieśników.

SL: Najgorsza wada wśród widzów?
KP: KOCHAMY ICH, złe pytanie, czemu nie spytasz za co ich lubimy, tylko czego nie lubimy. Widzowie tworzą ten program w dużej części. Jasne, że mają wady, ale my też mamy, ja mam okulary i nogę w gipsie, a nasi widzownie  są dla nas trochę jak dzieci, takich mamy, takich kochamy.
WM: Jeśli mają już jakieś przywary to jest to niewielki odsetek
KP: W bardzo dużej mierze stworzyli ten program
WM: Poza tym "haters make you famous"

SL: Okej, więc jak wiemy, jesteście w Katowicach z powodu warsztatów Xann, które prowadzicie. Możecie mi powiedzieć, jak się czujecie w roli ekspertów od social media? Bo za takich jesteście w tej chwili postrzegani, sprawia wam jakąś trudność przekazanie wiedzy na ten temat?
KP: Dobre pytanie
WM: Ja osobiście nie mam, jesli ktoś chce posłuchać w jaki sposób my to postrzegamy, bo mam wrażenie że w sposób mniej statystyczny, bardziej doświadczalny
KP: Dużo, dużo mniej statystyczny
WM: Tak, my nie sugerowaliśmy się niczym, jakoś przetrwaliśmy pod początku, do końca. Jesli ktoś chce tego posłuchać to bardzo dobrze, jeśli jeszcze zauważy w tym coś fajnego, to już w ogóle super.
KP: Trzeba chyba byłoby zapytać ludzi którzy byli na warsztatach, czy im się podobało. Ale do tego byłaby potrzebna anonimowa ankieta.

SL: Możemy się czegoś nowego od was spodziewać? Coś nowego na horyzoncie?
KP: TAK, kropka
WM: Jak zaczynasz współpracę komercyjną z firmą, ta firma chce żeby nic nie mówić, więc możemy powiedzieć tyle, że będzie.

SL: I na koniec, jedna złota rada dla początkujących vlogerów?
KP: No, Włodek, jedna rada, bo musi być jakaś jedna, ta złota
WM: Nie każdy będzie Kubą Wojewódzkim. My nie jesteśmy Kubą Wojewódzkim, nie każdy może być. Nie należy się zrażać, my nie możemy poddać się bo nie mamy 100000 wyświetleń na odcinek, a może chcielibyśmy mieć.
KP: Jak się rzadko zgadam z Włodkiem, tak się zgadzam tym razem.
WM: Oczywiście, chodzi o to żeby być sobą. Jeśli zauważymy chociaż małą grupkę ludzi, którzy chcą oglądać, to to wystarczy. Jeśli też jesteś osobą której to wystarczy, to dobrze dla ciebie.


Piwo w Katowicach upłynęło w przemiłej atmosferze i chociaż nie trwało długo, warto było spotkać się z Karolem i Włodkiem. Okazali się tacy sami, jak na swoich filmikach. Normalni, naturalni, sympatyczni i otwarci. Starali się zamienić chociaż kilka zdań z każdym. Jeśli nie byłeś - żałuj! I pojaw się następnym razem. A jeśli do tej pory nie znałeś Włodka i Karola, to już wiedz, że jesteś Lekko Stronniczy!

Przygotowała: Sandra Ledzion

środa, 11 stycznia 2012

Z Gliwic do Ostródy!

„JaHoo” to młody zespół wykonujący muzykę reggae. W pierwszym roku działalności udało im dostać się na najbardziej prestiżowy festiwal „Ostróda Reggae Festiwal”. Jak tego dokonali? Jak widzą swoją przyszłość? Rozmowa z Tomaszem „ToKiem” Królem, Tomaszem „dr Youngiem” Płonką i Andrzejem „Totentonem” Szymańskim - członkami zespołu „JaHoo”.

Jakub Jurkiewicz: Zespół powstał pod koniec 2009 roku. Jak przygotowywaliście się do pierwszego koncertu?
ToK: Przygotowywaliśmy długo i ciężko. Głównym problemem było zgranie zespołu, musieliśmy długo ćwiczyć. Nie sądzę jednak, żeby było to bardzo trudne doświadczenie.
drYoung: Mogę dopowiedzieć o pierwszym koncercie. Tomek powiedział, że długo ćwiczyliśmy... Moim zdaniem było to krótko; poszło bardzo szybko, jak na zespół dziesięcioosobowy. Spotykamy się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie. Pierwszy, premierowy koncert zagraliśmy w Rock'a Clubie, tam gdzie kiedyś istniał klub studencki Gwarek i debiutował legendarny gliwicki zespół reggae - R.A.P. Chcieliśmy zrobić podobnie. Przy naszej, gliwickiej publice.

JJ: Już w pierwszym roku działalności dotarliście na „Ostróda Reggae Festiwal”. Jak było z waszym wybiciem się?
ToK: Wybiliśmy się, bo jesteśmy dobrzy i dobrze gramy… (śmiech). Myślę, że duże znaczenie miała płyta. Nagraliśmy ją w maju. Jej premiera była na festiwalu w Ostródzie 11.08.2011r. Naszym głównym celem w tym roku było zagranie na tym właśnie festiwalu. Wcześniejsze koncerty były przygotowaniem do niego. Chcieliśmy dobrze wypaść. To nam się udało.
drYoung: Mówią o nas, że gramy trochę inaczej. W starym stylu, na który mało kto się porywa. Jest to troszeczkę inne reggae niż najbardziej popularne w Polsce. To daje nam możliwość wypełniania pewnej „niszy”.

JJ: Jak było w Ostródzie?
ToK: Koncert tam był bardzo fajny. Wyjazd do Ostródy był dla nas ukoronowaniem pewnego etapu, do którego chcieliśmy dojść. Ostróda to miejsce magiczne dla każdego wykonawcy muzyki reggae w tym kraju, atmosfera tego festiwalu jest niepowtarzalna.

JJ: W jaki sposób powstają nowe kawałki?
ToK: Spotykamy się i gramy. Raz, dwa razy w tygodniu. W zależności jak pozwala na to czas. Próby robimy w mniejszym składzie. Na nich „dżemujemy” i wymyślamy nowe numery. Najczęściej jednak ktoś przynosi pomysł na temat utworu – może to być np. refren wokalny, albo tzw. riddim. Staramy się układać frazy wokalne i do nich pisać teksty sugerując się klimatem muzyki i ilością sylab we frazie wokalnej, rzadko na odwrót. Potem nagrywamy to w kilku wersjach, kilku tempach, wybieramy to co najlepsze. Rozsyłamy mp3 po wszystkich i kombinujemy. Każdy w domu; osobno Na próbie znów testujemy te pomysły, nagrywamy, stwierdzamy czy się nadaje i tak powstaje utwór. Czasami potrafimy utwór wraz z tekstem zrobić na jednej próbie, ale bywa tak, że trwa to kilka tygodni, żeby dotrzeć do ostatecznej formy.
drYoung: Co trzeci wychodzi, a reszta odpada….
ToK: Obecnie na koncertach wykonujemy dwa numery, których nie ma na naszej płycie. Są to „Love fire” i „Love all around”. Gramy je od dwóch miesięcy. Przygotowujemy materiał na nową płytę.
drYoung: Utworów mamy na dwa krążki, tylko nikt nie chce nas wpuścić na scenę na dwie godziny. Gdy ktoś słyszy, że gramy ponad godzinę, to robi wielkie oczy.
ToK: Motywem naszej pierwszej płyty jest „dobre słowo”. Druga płyta będzie miła inny motyw przewodni, ale można się domyślić jaki, skoro mówiłem o dwóch nowych numerach.

JJ: Czy macie jakiś kawałek, który szczególnie lubicie wykonywać?
Totenton: Każdy kawałek to pewna historia z naszego życia. Nie chciałbym faworyzować żadnego, ale ja najbardziej lubię te wywrotowe, czyli np. „Deszcz”.

JJ: Gracie roots reggae. Czy jesteście nastawieni na inne nurty?
drYoung: Jeśli już szufladkować, to określiłbym to jako „conscious reggae”, jak to inni mówią. Inspirujemy się muzyką ze złotej ery reggae, czyli z lat 70-tych i początek 80-tych. Głównie rootsową ale i dubem i rock steady. Dla mnie „roots” w odniesieniu do naszej muzyki to trochę za daleko idący komplement.
ToK: Jednak wiele polskich zespołów, z którymi gramy określa naszą muzykę jako bardziej „rootsową” niż ich. Moim zdaniem gramy bardzo prostą muzykę, łatwą w odbiorze, nie udziwniamy nic na siłę.

JJ: Czy przytrafiła wam się jakaś ciekawa historia?
drYoung: Staramy się unikać dziwnych przygód. Jesteśmy zorganizowani logistycznie, do grania podchodzimy poważnie, z szacunkiem do słuchacza, więc nie pozwalamy sobie przed koncertami na jakieś „numery”. Może jest to nudniejsze, ale bardziej odpowiedzialne. Pomimo tego mieliśmy śmieszną historię. Rozwieszamy sobie plakaty, gdy nagle widzimy, że w naszą stronę idzie dwóch strażników Straży Miejskiej. Dorwali nas i wlepili nam mandaty. Byliśmy na to przygotowani mentalnie. Kiedy meldowali się do centrali, powiedzieli z dziką satysfakcją „mamy ich!”, jakby złapali co najmniej Paramonowa. Okazało się, że centrum monitoringu wysłało za nami kilka patroli....
Totenton: Przy dalszej rozmowie okazało się, że jeden z panów strażników gra na saksofonie i jest wspólnym znajomym, a drugi jara się Sizzlą, w ogóle reggae, dancehallem. Tego wieczoru więcej pieniędzy wydaliśmy na mandaty, niż dostaliśmy za granie, także wszystko było społecznie (śmiech).

JJ: Jakie wskazówki macie dla zaczynających granie?
drYoung: Apeluję o to, żeby przede wszystkim słuchać, a następnie ćwiczyć. Jeżeli ktoś myśli, że wyjdzie na scenę po miesiącu, czy dwóch grania, to się myli. Później wychodzi kwadratowe reggae, kwadratowy rock'n roll, czy blues, który nie jest bluesem. Cierpliwość, praca i odrobina talentu. Jeśli ktoś nie lubi ćwiczyć, niech się nie zabiera za sztukę bo tylko ją okaleczy, choćby miał talent. Tak jak do słuchacza, tak do sztuki trzeba mieć szacunek i pokorę. Lubię czasem posłuchać ulicznych grajków, młodych zespołów, grających na żywo i z sercem. Nawet jeśli nie jest to doskonałe, to nie oszukane, jak wiele gwiazd występujących z playbacku. Gwiazdy muzyki to tylko szczyt piramidy, w której ważny jest każdy kamień, nawet ten stojący u jej podstawy. Zauważam, że młodzi ludzie zanim czegoś się nauczą, już chcą zdobyć sławę i popularność, żeby najlepiej wystąpić w telewizji. Mają tzw „parcie na szkło”. Ja, wracając do grania, po 10 latach przerwy, musiałem nadrabiać zaległości z czasów, gdy mniej ćwiczyłem. Dziś nauka pewnych zagrywek zajmuje mi o wiele więcej czasu. Trzeba wykorzystać go, aby osiągnąć pewien poziom, bo wymagania publiczności rosną. Chodzi o to, żeby nie stać się tymi, którzy by sprostać wymaganiom stosują oszustwo, jak playback czy sampling (tłum. – widzisz na scenie trio, a słyszysz sextet, bo z komputera puszczany jest podkład kolejnych 3 instrumentów). Trzeba grać standardy, naśladując mistrzów, zaczynając od rzeczy prostych a dopiero potem przejść do trudniejszych. Nie należy tworzyć własnej muzyki, dopóki nie nauczy się choć kilku utworów innych wykonawców.
ToK: Nie „gwiazdorzyć”. Zawsze miło jest być oklaskiwanym na scenie, ale przede wszystkim trzeba do tego podchodzić poważnie. To jest najważniejsze. Miałem przygody z graniem, gdzie chodziło o to, żeby się wspólnie napić i pobawić. To mi nie odpowiada. W tej chwili nie podchodzimy tak do tego. Oczywiście, że spotkamy się czasami i napijemy „herbaty”, ale nie na tym się skupiamy. Do dzisiaj przychodzą do nas ludzie, którzy chcą spróbować śpiewać. Zapraszamy ich czasem na próby. Często wydaje się im, że umieją śpiewać, bo stoją przed lustrem i śpiewają do siebie. Wielokrotnie powtarzała się historyjka, że przychodzili, poświęcaliśmy im czas i nic nie wychodziło, bo nie mieli głosów, a często też słuchu.


JJ: Dziękuję za rozmowę!

piątek, 25 listopada 2011

Zapałkarz


Mały pokój pachnący kminkiem i drewnem, zielonkawe ściany, okno wychodzące na tłoczną ulicę, piramida pustych, papierowych pudełek – tutaj powstały misterne konstrukcje monumentalnych wieży wyciągowych, wiatraków i mostów cierpliwie wznoszone z… zapałek. Janusz Urbański, rudzki artysta i pasjonat, na jednym wydechu potrafi wymienić tysiąc zastosowań pudełka zapałek, snując opowieść o przygotowaniu szopki bożonarodzeniowej, którą lada dzień będzie można podziwiać w Kościele pod wezwaniem Ducha Świętego w Czarnym Lesie.
 Z gliwickich budowli fascynował mnie szyb kopalni ”Sośnica”, nieużywany, jeden z tych największych. Stał chyba na 100 metrów wysoki i tak mnie jakoś zainspirował. Obiekt nieskończony – mówi.

Praca nad konstrukcjami, chociaż żmudna i czasochłonna, toczy się w zawrotnym tempie i przynosi mnóstwo satysfakcji, a pan Janusz dniami i nocami skleja kolejne elementy.
 Robię takie budowle, które przyciągają wzrok, czyli na przykład mosty. Te mi się podobają. Proszę popatrzeć, tak to wygląda. Na most Waszyngtona zeszło mi 38 tysięcy zapałek, trzeba było wszystko odpowiednio wyważyć, żeby było stabilne, ale poszło szybko. Ten most najbardziej podoba się dzieciom - zrobiłem z niego tor dla plastikowych samochodów.
Konstrukcje są wyjątkowo wierne rzeczywistym budowlom, a pan Janusz z satysfakcją podkreśla ich zdumiewający realizm i harmonię każdego zapałkowego łuku.
 Zazwyczaj używam zdjęć i potem rekonstruuję to wszystko z życia - tak jak widać. Nie stosuję żadnych tekturek, tylko zapałki. Trzeba być konsekwentnym – dodaje.

Podczas gdy trwa praca nad pierwszą na Śląsku bożonarodzeniową szopką w całości wykonaną z zapałek, „pozytywnie zakręcone” hobby artysty cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Na pytanie, jak z kawałka drewna „wydłubać” arcydzieło, pan Janusz odpowiada rzeczowo:
– To dosyć proste. Potrzebny jest klej, nóż… no i zapałki.

Anna Majewska

niedziela, 23 października 2011

Jej organizm mówi: dość! My chcielibyśmy więcej…

Poezja piłki ręcznej - tak oceniali jej błyskotliwe akcje komentatorzy telewizyjni. Sabina Włodek. Wielu z nas kojarzy się ona jako jedna z osiemnastu legend polskiej piłki ręcznej, pełna werwy i energii, której już niestety nie zobaczymy na boisku.

22 października w Chorzowie w hali MORiS odbył się Mecz Eliminacyjny Mistrzostw Europy Kobiet w piłce ręcznej 2012. Zacięty pojedynek między Polską a Czarnogórą zakończył się wynikiem 30:26 dla naszych rywalek, ale w pełni możemy być dumni z naszych reprezentantek. Włożyły wiele pracy i wysiłku w tę grę, czego jesteśmy w stu procentach pewni. Jednak w tym samym dniu pożegnaliśmy z kadry jedną z największych gwiazd polskiej piłki ręcznej. Po latach wspaniałej gry, mówi: „Organizm powiedział dość!”.
Sabina Włodek urodziła się na Śląsku, gdzie szybko rozpoczęła treningi w sekcji piłki ręcznej Sośnicy Gliwice. W 1995 roku przyjechała do Lublina, sądząc że to tylko przystanek w jej przygodzie ze sportem. Tymczasem znalazła klub, którego stała się ikoną i najbardziej rozpoznawalną zawodniczką w historii. Sabina posiadała wszystkie cechy lewoskrzydłowej, dzięki którym pamiętamy jak dobrą była zawodniczką. Była niezwykle szybka, skoczna, a technikę rzutu miała opanowaną do perfekcji. Powiedzenie, że Sabinę powinny kryć trzy przeciwniczki, dobrze odzwierciedlało boiskową osobowość szczypiornistki grającej na lewym skrzydle. Nie dawała się kontuzji, a zawsze po każdej rekonwalescencji wracała do pełnej formy. W 2005 roku, gdy SPR wywalczyło pierwsze mistrzostwo, Paweł Rodziewicz, ówczesny redaktor naczelny Handball-3r, powiedział: „Mieszkam od lat w Niemczech, oglądam na co dzień Bundesligę, ale dziewczyny z takim pokrętłem w ręce jak Włodek, to nigdy nie widziałem”. Po tym stwierdzeniu wiemy, że mamy do czynienia nie ze zwykłą szczypiornistką, ale z kobietą, która „z piłką się urodziła”.
Po zakończeniu kariery przez Wiolettę Luberecką w 2004 roku, przejęła opaskę kapitana drużyny na siedem lat. Miejmy nadzieję, że teraz w roli trenerki szybko wychowa swoje następczynie, bo ci, którzy nigdy nie widzieli jej w akcji, nie wiedzą, co stracili.

Katarzyna Baryn: Czy wiąże Pani jeszcze przyszłość ze sportem?
SW: W chwili obecnej pełnię rolę asystenta trenera zespołu SPR Lublin (wielokrotny Mistrz Polski w piłce ręcznej kobiet). Ponadto związana jestem z Uczelnią Wyższą, gdzie na kierunku wychowanie fizyczne prowadzę zajęcia metodyczne z zakresu piłki ręcznej. Tak więc nadal piłka ręczna jest obecna w moim życiu.

KB: Jakie momenty jako była zawodniczka reprezentacji Polski, kojarzą się Pani najlepiej?
SW: Z całą pewnością ogromnym przeżyciem dla każdego reprezentanta jest udział w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy. Ja miałam przyjemność uczestniczyć w pięciu imprezach rangi międzynarodowej. Najmilsze wspomnienia zawsze kojarzą się z dobrym wynikiem. Nigdy nie udało nam się stanąć na podium, ale uważam , że 5 miejsce podczas Mistrzostw Europy także było sukcesem.

KB: Czy tęskni Pani za grą na boisku i za adrenaliną, która temu towarzyszy?
SW: Moja kariera sportowa była bardzo owocna i długa. Uważam, że decyzję o jej zakończeniu podjęłam w najwłaściwszym momencie. W związku z tym, że decyzja była głęboko przemyślana, nie brakuje mi gry na boisku a ławka trenerska dostarcza mi odpowiednią dawkę adrenaliny.

KB: Jakie to uczucie stać po „drugiej” stronie i spełniać się w roli jako trener?
SW: Wbrew pozorom, wcale nie jest łatwiej niż na boisku. Trener może mieć koncepcję gry, ale to zawodnik musi ją zrealizować. Dlatego bardzo istotne są relacje między trenerem a zawodnikami. Ważne, aby zespół uwierzył w wizję gry proponowaną przez trenera i chciał ją przenieść bezpośrednio na boisko. Dlatego też wzajemne zaufanie jest bardzo istotne.

KATE

sobota, 22 października 2011

Twoja kolej

Adam Morawski to zwyczajny uczeń technikum. Parę lat temu poznał swoją miłość... Jest ona dość nietypowa.

Jakub Jurkiewicz: Skąd się wzięła Twoja fascynacja koleją?
Adam Morawski:Zainteresowanie koleją narodziło się we mnie dość specyficznie. Trzy lata temu przeczytałem artykuł o możliwości założenia strony internetowej bez potrzeby znajomości języka programowego. Zacząłem się zastanawiać nad jej tematem. Wpadłem na pomysł, by stworzyć stronę o kolei w Polsce, ponieważ od dzieciństwa lubiłem jeździć pociągiem i przyglądać się jak działa.

JJ: Jak realizujesz się w swoim hobby?
AM:Poza prowadzeniem strony internetowej, fotografuję i pracuję jako członek Towarzystwa Ochrony Zabytków Kolejnictwa i Organizacji Skansenów. Staram się pomóc w renowacji eksponatów, aby swoim wyglądem zachwycały zwiedzających.

JJ: Opowiedz coś o skansenie.
AM: Nasze towarzystwo zostało założone w 1998 r. Na terenie byłej parowozowni w Pyskowicach został zebrany cenny tabor, który udało się uchronić od zapomnienia. Posiadamy około osiemdziesięciu eksponatów, wśród których znajduje się ponad dwadzieścia parowozów, kilka lokomotyw spalinowych, kilkanaście wagonów różnego przeznaczenia, a także jeden Elektryczny Zespół Trakcyjny pochodzący z Berlina. Mamy również najstarszą lokomotywę spalinową z silnikiem diesla pochodzącą z 1934 r. oraz wagon salonowy z 1929 r. Obecnie w byłych zakładach PTK ZNiUT Dzierżno trwa remont parowozu Ty42 - 24, który przygotowywany jest do czynnej służby w naszym skansenie.

JJ: Czy Twoje zainteresowania nie zabierają czasu, który powinieneś poświęcić na naukę?
AM: Nie! Potrafię pogodzić pasję z nauką, której poświęcam większość czasu w tygodniu. W weekend pracuję w skansenie kolejowym i fotografuję.

JJ: Czy wśród Twoich krewnych jest ktoś, z kim możesz dzielić swoją pasję?
AM:W tej chwili na kolei pracuje jedynie mój tata, w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. Zajmuje tam stanowisko informatyka. Jednak jeszcze piętnaście lat temu pracował jako geodeta. Na kolei pracowała również moja babcia oraz dziadek, z którym często dyskutowałem na temat kolei, poznając różne ciekawostki.

JJ: Jak rodzina odbiera Twoje hobby?
AM:Moi bliscy na początku byli trochę zaskoczeni moimi zainteresowaniami, które wyróżniają się na tle innych. Na chwilę obecną rodzice podchodzą do tego obojętnie.

JJ: Czy wiążesz z koleją swoją przyszłość?
AM: Kiedyś marzyłem o tym, aby zostać maszynistą i pracować w jednej ze spółek kolejowych. Z upływem czasu stwierdziłem, że jest to zawód nieopłacalny. Mimo wszystko nadal chcę zdobyć uprawnienia pozwalające mi na prowadzenie pojazdów szynowych.

JJ:Czy na koniec naszej rozmowy możesz podać czytelnikom adres twojej strony internetowej?
AM:Oczywiście, www.gustlik102.eu

Z Adamem Morawskim rozmawiał Jakub Jurkiewicz

niedziela, 16 października 2011

Warto wrócić do klasyki!

Główną atrakcją finału kampanii społecznej „Piękna i Bestia” 15 października w C.H. Forum Gliwice, był koncert Andrzeja Piasecznego.

Jakub Krzeciński: Na świecie jest wiele zawodów, niektórych równie pięknych i dochodowych jak muzyka, ale Pan wybrał akurat ją. Dlaczego?
Andrzej Piaseczny: Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu tak się ułożyło moje życie. W wielu przypadkach talenty czasem ujawniają się samodzielnie, a w innych są prowokowane w jakiś sposób i tak też było w moim przypadku. Ja po prostu miałem szczęście trafić - zupełnie przypadkiem - do zwykłej szkoły podstawowej, w której - kiedy byłem w drugiej czy trzeciej klasie- pojawił się nowy nauczyciel wychowania muzycznego. Jak to z młodymi nauczycielami bywa (dziś już pewnie jest na emeryturze) - był bardzo dużym zapaleńcem i stworzył w szkole zespół wokalny, zespół muzyki dawnej, zespół chóralny. Ja trafiłem do zespołu wokalnego. W ten sposób chyba wykształciła się we mnie miłość do muzyki, choć w dużej mierze nieświadomie. Wydaje mi się, że dzieciak w szkole podstawowej (szczególnie na niższych stopniach edukacji) wiele rzeczy pojmuje jedynie w kategoriach zabawy. Czy coś z tej zabawy potem wyjdzie, to jest już zbieg nie tylko okoliczności i przypadków, ale również tego, czy ma gdzieś w sobie tę żyłkę. Nie byłem przecież sam w tym zespole, a chyba mnie się tylko udało spośród tych wszystkich ludzi. Pierwsze profesjonalne kroki postawiłem dopiero wiele, wiele lat później, kiedy trafiłem na studia, na wychowanie muzyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach. Tam też spotkałem przyjaciół, z którymi stworzyłem później zespół „Mafia”.

JK: Potem był szał, lata 90.,wszystkie dziewczyny się w Panu kochały i nagle koniec. Gdzie zniknął Andrzej Piaseczny?
AP: W Polsce często zwycięża taka dziennikarska nuta, że kiedy ktoś wyda płytę, a potem przez dwa lata pozwala sobie pracować nad następną, to już jest za długo. A tak wcale nie jest! George Michael wydaje płyty co siedem lat i wszyscy są cierpliwi, więc ja też proszę o odrobinę tej cierpliwości. Poza tym trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że warunki podczas tych, bodajże piętnastu lat (od momentu mojego pierwszego dużego sukcesu - do dzisiaj), zmieniły się ogromnie. Inna jest zarówno scena muzyczna, jak i sposób kupowania i przyjmowania muzyki. Dzisiaj, kiedy się sprzedaje sto tysięcy płyt, to jest taki sam sukces, jakby wtedy sprzedać milion! Niezależnie czy ja sam siebie, czy ktoś mnie uzna za człowieka, który osiągnął ten sam szczyt czy troszkę mniejszy, z całą pewnością udało mi się jakiś szczyt ponownie zdobyć, a to jest ogromny prezent, bo jest bardzo wielu ludzi i bardzo wielu artystów, którzy z tą formą swoją sprzed wielu lat ciągle się ścigają. Osobiście uważam, że to nie jest dobry pomysł, uważam, że trzeba po prostu robić swoje, a kiedy sukces przyjdzie, to trzeba go traktować troszkę w ten sposób, jakby on przyszedł nie przypadkiem, ale jakby był konsekwencją tego, co się robi, a nie konsekwencją walki o zdobycie pierwszego miejsca. Wówczas potrafi się ten sukces znacznie przyjemniej smakować, i o to chyba chodzi w tym, co się robi. Jeśli sami siebie postawimy gdzieś w peletonie, którego celem jest zdobywanie tego pierwszego miejsca, to odczuwamy tylko wyścig, a potem kiedy już wpadniemy na metę i przypadkowo okaże się, że jesteśmy pierwsi, to nie mamy siły żeby się z tego pierwszego miejsca cieszyć.

JK: A czy gdyby muzyka nie przynosiła zysków, robiłby pan to dalej?
AP: Nie mam pojęcia. Uczciwie mówię, że muzyka jest tyleż samo moim życiem, co sposobem zarabiania na to życie. Jest wielu ludzi, którzy nie odnoszą aż tak wielkiego sukcesu jaki mi się odnieść udało, i świetnie sobie dają w życiu radę i uprawiają tę muzykę. Znamy siebie na tyle, na ile się sprawdziliśmy. Ja nie potrafię konkretnie odpowiedzieć na to pytanie, ale to nie jest chęć ucieczki od niego, tylko po prostu uczciwa niewiedza. Wolę odpowiedzieć w taki sposób, niż kłamliwe zarzekać się „Tak, oczywiście! Za wszelką cenę! Zawsze!”. Nie wiem tego, po prostu mam to szczęście, że mi się udaje. Być może nie muszę takim dylematom stawiać czoła.

JK: Wiele znanych postaci show-biznesu możemy dziś oglądać w reklamach banków, kredytów i sieci komórkowych. Jak zapatruje się Pan na takie praktyki?
AP: Nie widzę w tym nic złego. To jest tak, że często aktorom się wyrzuca, że powinni oddawać się sztuce wyższej, grać w teatrach i broń boże nie tykać się niczego, co ociera się o większe pieniądze. Ale czy tak naprawdę Markowi Kondratowi jego długoletni udział w reklamówkach umniejszył właściwość bycia aktorem dużego formatu? Nie sądzę. Prawdopodobnie jest to dylemat, który powinien rozstrzygać każdy z nas zupełnie z osobna. Jest to jakaś prawda, że reklamowanie margaryny to nie to samo, co reklamowanie banku, ale z drugiej strony dlaczego bank ma być lepszy? A jeszcze z innej strony - chyba to wszystko jest kwestią pewnej formuły, bo np. dzisiaj chce się spalić na stosie Nergala, dlatego że czasami pozwala sobie na specyficznego rodzaju dowcipy, ale nikt nie pomyśli o tym, że te same dowcipy w znacznie ostrzejszej formie, lata temu uprawiał MontyPython ze swoim zespołem! Dzisiaj nikt nie chce go za to spalić na stosie, a John'a Cleese'a zaprasza się do polskich reklamówek. I nikt nie myśli o tym, że trzeba zrobić wyprawę krzyżową na Wielka Brytanię, wykopać truchło Monty Pythona i coś brzydkiego z nim zrobić. To są trudne pytania, ja nie chcę stworzyć wrażenia, że znam odpowiedź na każde.

JK: I na koniec, ze względu na kulturalną specyfikę mojej redakcji, muszę pana poprosić o polecenie czytelnikom jednej książki, jednego albumu muzycznego(poza swoim) i jednego filmu.
AP: Jeśli chodzi o książkę, to najbliższe będzie mi to, co mam ostatnie w pamięci, a dosłownie przed chwilą, ściślej mówiąc - ledwie wczoraj, skończyłem„Martwe Dusze”, więc klasyka. Klasyka o której bardzo często zapominamy...

JK: Dlatego, że często wciska nam się ją w szkołach na siłę, a nie wszystkie klasyki są dobre.
AP: Przeżyłem to samo i mój przykład to doskonale potwierdza. Bardzo długo nie czytałem i jest to właśnie efektem tego, że mi to czytelnictwo na siłę wciskano. Teraz nadrabiam stracony czas i całkiem to sobie chwalę. Ale o klasykach zapominamy też z innego powodu - poddajemy się modom. Wcześniej był Wharton, teraz Coelho, czy ktoś inny. Warto wrócić do klasyki dlatego, że w niej odkrywa się zupełnie inne wartości, szczególnie kiedy nieustannie zastanawiamy się nad tą wojenką słowiańsko-słowiańską (bo już nie polsko-polską) z naszymi braćmi ze wschodu, to bardzo dobrze jest wziąć sobie coś takiego przed oczy i spróbować jedynie zastąpić rosyjskie imiona polskimi i będzie dokładnie to samo. Więc to niech będzie książką –„Martwe Dusze” Nikołaja Gogola.
Co do muzyki, to nie wpadło mi w ręce ostatnio nic z nowości, a i z przypomnieniem sobie filmu mam mały problem, dlatego wyłgam się trochę i połączę muzykę z filmem i powiem o przedstawieniu.
Nie dalej jak pięć dni temu byłem w operze narodowej na Turandot. Jestem wyjątkowo mocno zbudowany tym, że w Polsce, którą często stawia się gdzieś hen w długim ogonku za pierwszorzędnymi miejscami na świecie, nie muszę mówić o La Scali, nie muszę mówić o Metropolitan Opera, mówię o Operze Narodowej. Z tego co wiem Mariusz Treliński jest rozchwytywany na świecie i prawie w ogóle nie wysiada z samolotu, i to jest świetne, że jest Polakiem i potrafił stworzyć taką inscenizację, która po prostu rzuca na kolana. A skoro jest to przedstawienie nie grane tak znowu często - myślę, że będzie to klika dni na dwa miesiące-polecam wszystkim koniecznie stronę internetową Opery Narodowej, żeby koniecznie na Turandot się załapać.


JaK

czwartek, 6 października 2011

Nastoletnia instruktorka

Paulina Kuciej w Młodzieżowym Domu Kultury w Gliwicach prowadzi zajęcia z tańca nowoczesnego dla najmłodszych. Do eMDeKu dojeżdża autobusem. Musi. Ma dopiero 17 lat!

Śliczna, drobniutka dziewczyna o słonecznej karnacji, na korytarzach MDK bardzo rzuca się w oczy. Nie tylko ze względu na urodę, ale również częstą obecność pozwalającą rozwijać szeroki wachlarz zainteresowań. - Początkowo chodziłam na zajęcia z fotografii do grupy „Aczkolwiek”, prowadzonej przez pana Sebastiana Michałuszka. Tam, dzięki koleżance, poznałam panią Zenonę Pilarek, opiekującą się biblioteką. To jej opowiedziałam o tym, że chciałabym prowadzić własne zajęcia z tańca. Miałam wtedy 16lat, a pani Zenia potraktowała mnie bardzo poważnie. Do dziś mi zresztą pomaga – mówi Paulina. Pani Zeni bardzo spodobał się pomysł stworzenia zajęć dla dzieci i dopiero po dwóch dniach, kiedy pomysłodawczyni zadzwoniła do niej z zapytaniem, czy wydrukowała już plakaty i ulotki, uświadomiła sobie, że zapomniała zapytać o zgodę dyrektora Młodzieżowego Domu Kultury. Była sobota, więc mogła to zrobić dopiero w poniedziałek - na szczęście i jemu pomysł przypadł do gustu. Tematyka zajęć była dla Pauliny oczywista - od dawna interesuje się tańcem. Tańczyła już hip-hop, dancehall, taniec towarzyski, balet, house i wiele innych. Ponadto - jak sama deklaruje - od zawsze bardzo lubi dzieci, może dlatego, że Jej mama jest z zawodu przedszkolanką, a może dlatego, że po prostu taką ma naturę. Z połączenia tych dwóch rzeczy wyszły warsztaty z tego co kocha, dla tych, z którymi lubi spędzać czas. – Jak spędzamy czas na zajęciach? Ja się pocę i „wyciskam pot” z dzieci – śmieje się młodziutka instruktorka. - Staram się dzieci integrować, zachęcam do wspólnego działania, wspólnej zabawy, współpracy. Przede wszystkim oczywiście tańczymy, uczę dzieci nowych kroków, opowiadam trochę o historii tańca, np. o tym, jak powstał hip-hop. Rok temu Paulina prowadziła zajęcia dla najmłodszych maluchów. Zdarzały się i takie, które miały zaledwie 3,5 roku. - W tym roku zapraszamy dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Oczywiście, z przyjemnością przyjmiemy też dziecko 6-letnie, jeśli będzie wystarczająco samodzielnie. Chcę uniknąć sytuacji kiedy dziećmi trzeba się bardziej opiekować, niż prowadzić z nim zajęcia – we właściwy jej, przemyślany sposób wyjaśnia dziewczyna. Tych przykładów dojrzałości Pauliny jest zresztą więcej. Wydawać by się mogło, że po wyjściu z zajęć Paulina kończy pracę, może poświęcić się nauce, odpoczynkowi i obowiązkom domowym. Nic bardziej mylnego! Zwłaszcza po wakacyjnej przerwie, kiedy wszystko się na nowo rozkręca i trzeba pracę zorganizować. Telefon się urywa. Podczas wykonywania zwykłych, codziennych czynność, komórka co chwilę dzwoni, a instruktorka - organizatorka musi nagle szukać kart, list, notować dane. Musi ułożyć choreografię i załatwić potrzebne gadżety, jak np.kapelusze do naśladowania króla popu. I to nie dwa czy trzy, tylko piętnaście, czy nawet dwadzieścia. Ponadto, jak zdradziła nam pani Zenia, Paulina praktycznie od początku do końca realizuje wszystkie pomysły samodzielnie, a pomoc opiekunki ogranicza się do drobnych uwag, udostępniania ksero, wskazówek przy redagowaniu regulaminu. Całą resztę nasza bohaterka robi sama. Sama tworzy sobie reklamę, sama roznosi ulotki, rozwiesza plakaty. Mimo ogromu pracy, przygotowań i wysiłku wkładanych w każdą minutę zajęć, Paulina znajduje czas, by wybiegać myślą daleko w przyszłość. Marzy o tym, aby po osiągnięciu pełnoletności założyć fundację, bo, jej zdaniem, jest wiele niewykorzystanych możliwości finansowania pomocy dla potrzebujących. Tancerka nie zapomina jednak o obowiązkach i swojej przyszłości. Pytana o życiowe plany bez namysłu mówi o zdaniu matury, i to z jak najwyższym wynikiem, oraz o aplikowaniu na wymarzony kierunek studiów, czyli... prawo!

Paulina jest żywym przykładem tego, że współcześni młodzi ludzie, którym pokaże się możliwości i których obdarzy się zaufaniem, doskonale radzą sobie w skomplikowanym świecie dorosłych. Podsumowaniem tej historii niechaj będą wypowiedziane z przymrużeniem oka przez panią Zenonę Pilarek słowa: „Gdyby było więcej takich młodych osób jak Paulina, to nie musielibyśmy się martwić o przyszłość tego kraju i… nasze
emerytury ”.