środa, 8 lutego 2012
czwartek, 2 lutego 2012
Miss American Dream
![]() |
| źródło: facebook.com/lanadelrey |
Lana Del Rey ma usta wypełnione kolagenem, włosy à la księżniczka Disneya i bogatego tatusia. Ale ma również dziwaczny, nie do ujęcia w sztywne ramy głos i dobry pomysł na siebie.
niedziela, 22 stycznia 2012
Audiofeels w Zabrzu dali czadu!
Niezwykła atmosfera, muzyka i ośmiu przystojnych mężczyzn na scenie. Czego od życia oczekiwać więcej? Chyba tylko jeszcze jednego koncertu. UNFINISHED – taką nazwę nosi płyta najprawdopodobniej najlepszego zespołu vocal play w Polsce.
21 stycznia o godzinie 19 Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu rozgrzany był do czerwoności. Zespół Audiofeels zaprezentował utwory z ich drugiej, nowej płyty. Rockowe, jazzowe, popowe i klasyczne brzmienia to dla nich chleb powszedni. Tak bardzo spodobali się śląskiej publiczności, że „bisom” nie było końca. Choć nie miałam możliwości zrobić z nimi wywiadu, na znaczną część pytań, sama mogę sobie odpowiedzieć. Już na samym początku koncertu chłopaki powiedzieli, że muzycznie połączył ich wspólny chór w poznańskim akademiku, a ich zapał i zaangażowanie w muzykę „czuć i widać” na samym końcu sali. Ich życie na pewno odwróciło się o 360 stopni po programie „Mam Talent”, co otworzyło im szeroko drzwi do kariery muzycznej i, jak widać, bardzo dobrze tę szansę wykorzystują. Każda praca nad jakąkolwiek płytą jest wielkim wysiłkiem i wyzwaniem, ale oni przy tworzeni po prostu się bawią. Przez ich „nadprzyrodzone” zdolności, praca staje się przyjemnością, a kontakt z publicznością niezwykłą satysfakcją.
Ich płyta posiada wiele coverów, m.in. zespołu Red Hot Chili Peppers, ale również autorskie nagrania, takie jak: „I found a place”. Pytając ich, jakie mają plany na przyszłość, zapewne odpowiedzieliby mi, że związane z muzyką. To jest ich pasja, miłość, a z tym człowiek, od tak, się nie rozstaje. Siedząc na czerwonych krzesłach, miło było mi popatrzeć jak artyści rozwijają się, dzięki ciężkiej pracy, ale również w jaki sposób zbierają jej plony.
Katarzyna Baryn
wtorek, 17 stycznia 2012
Listy na wyczerpanym papierze
środa, 11 stycznia 2012
Czyż nie dobija się koni?
Czasy kryzysu, desperaci biorą udział w maratonie tanecznym doprowadzając się do skrajnego wyczerpania i poniżając przed publicznością. Brutalna adaptacja miernej powieści Horacego McCoya w wykonaniu Sydneya Pollacka prowokuje, ukazując ile warte było 1500$, dzisiejsza równowartość 60 tysięcy PLN.
Film stał się na nowo aktualny, gdy wkroczyliśmy w nowy etap reality TV - format Big Brothera okazał się zbyt oczywisty. Widz potrzebuje poniżenia w ładnym opakowaniu. Odrzucenia i szyderstw ukrytego pod pozorami konkursu. Cierpienie i kpina sprzedają się równie dobrze dzisiaj, co wtedy.
Mistrz ceremonii grany przez Giga Younga, (w jego ostatnim występie przed tym jak zabił siebie i swoją żonę) snuje wokół tancerzy intrygi i wciąga ich w swoje gierki, aby publika miała okazje wybrać swojego ulubieńca. By urozmaicić zabawę, zmusza zawodników do udziału w pokazie talentów - ktoś zaśpiewa, ktoś zastepuje - najważniejsze, że od strony publiczności sypie się deszcz monet, które zawodnik zbiera ku uciesze gawiedzi.
Z obsady wyróżnia się Jane Fonda, kobieta zmęczona życiem, która widziała już wszystko. Za to Sussannah York pozoruje się na pretensjonalną aktoreczkę, tak naprawdę pokazując finezję swojego warsztatu w scenie załamania nerwowego;
Do książki McCoya nie ma żadnego porównania. Reżyser uchwycił esencję przerysowanej powieści przekształcając ją w bogatsze i głębsze przedstawienie. W filmie z 1969 czuć ostre nieoczekiwane nuty, które porównać można tylko do "The Wall" albo "Obywatela Kane’a" oraz niesamowitą koncentrację na opowiadanej historii, niespotykaną w nowoczesnej kinematografii.
“Czyż nie dobija się koni” obrzydliwie skrupulatnie wytyka widzowi wszystkie jego przywary, zmuszając do napięcia w czasie oglądania tego żałosnego spektaklu. Chora rozrywka - chciałbym powiedzieć bez obawy o bycie posądzonym hipokrytą.
tl;dr: Roman Wilhelmi w "Wojnie światów": http://goo.gl/ufMme
ox
Rozmowa z anonimowym ćpunem - część 1
Młodzi dla Kultury: Jak się zaczęła twoja przygoda?
Anonimowy Ćpun: Zawsze chciałem się odurzać. W czasie pogadanek pomimo tego, że mówili nam o tych wszystkich konsekwencjach, o tym jak się potoczy nasze życie jeśli będziemy się mieszać w takie rzeczy, ja mimo wszystko zawsze, po prostu zawsze wiedziałem, że jak będzie okazja to ja wezmę. "Później THC ci już nie wystarcza i przechodzisz na twarde" - tak mówią specjaliści. Moim zdaniem to ze ktoś przeszedł na twarde z tego nie wynika, tylko z tego ze od początku zawsze lubił się odurzać. To prawda ze THC go ośmieliło, ale prędzej czy później i tak by wziął.
MdK: Jesteś za dopalaczami?
A.Ć: Jestem przeciwko dopalaczom. Gdyż, ludzie którzy je kupują nie mają pojęcia o ich prawdziwym składzie chemicznym. Często tam jest proszek do prania, trutki na szczury. Narkotyki są zdecydowanie bezpieczniejsze.
MdK: W towarzystwie ludzi nie chce ci się zajarać?
A.Ć: Oczywiście, że mi się chce - zawsze mi się chce. Po prostu to jest tak, że nigdy w życiu nie czujesz się szczęśliwy, jak jestem trzeźwy. A kiedy się najaram to jestem szczęśliwy.
MdK: Na jak długo?
A.Ć: Aż się nie skończy.
MdK: Więc czemu nie jesteś cały czas najarany?
A.Ć: Bo nie mam pieniędzy, możliwości i oprócz jarania trzeba żyć, chociażby po to by potem mieć możliwość zajarania.
MdK: Idea ciągłego haju, to twój raj?
A.Ć: Nie, niekoniecznie, bo przyjemności pozostaną przyjemnościami tylko wtedy gdy trwają krótko. Gdybym miał całą górę zielska, to pewnie by mnie to nie cieszyło. Paliłabym dzień, dwa..
MdK: Więc kupię ci taką i przestaniesz?
A.Ć: Kupisz? Żeby kupić górę zielska musiałbyś sprzedać cały dom.
MdK: Czyli masz to w genach?
A.Ć: Tak po prosto zawsze czułem. Moi rodzice nie jarają. Matka nigdy w życiu nie była pijana.
MdK: Ulubiona bajka z dzieciństwa?
A.Ć: Gumisie - zawsze chciałam spróbować soku z gumijagód.
MdK: Pierwszy raz?
A.Ć: Jakieś dwa lata temu (nawet nie wiesz ile można przećpać przez dwa lata). Wtedy miałem pierwszy raz okazję zajarać zielsko. Moja siostra mi zostawiła mieszkanie, siedziałem tam sobie z kolegami z osiedla. Oni mieli dużo zielska. To było bardzo dziwne, tak pierwszy raz się zjarać. To najpierw w ogóle cały świat mi się obrócił, po prostu siedziałam na krześle biurowym, wydawało mi się że podłoga się przekrzywiła, tam wyżej tu niżej - wszystko się obróciło. Trzymałem się biurka, żeby nie zjechać i nie roztrzaskać o ścianę, bo myślałem że jest tak wszystko pochylone. Po czym oglądałem sobie coś w Internecie i tak mnie wszystko niesamowicie śmieszyło, że myślałem, że po prostu umrę ze śmiechu.
MdK: I czytałaś o tym że potrzeba zjarać 40 tysięcy jointów by umrzeć?
A.Ć: Tak, tak, tak! I to mnie tak śmieszyło, że to jest taki absurd, że trzeba by to było palić po prostu trzy tygodnie, żeby to spalić. I tak mnie to strasznie śmieszyło, ale nagle zrobiło mi się tak słabo, że poszedłem spać.
MdK: Paląc taką ilość byłbyś coraz bardziej najarany?
A.Ć: Nie. Doszedłbyś do takiego momentu… kiedy bardzo dużo palisz w jednej serii, to w którymś momencie masz już dość i już nie chcesz. Ale są takie narkotyki które można przedawkować zanim to się stanie. I są takie których nigdy nie masz dość, nawet jeżeli już się czujesz jak gówno. Wiesz co to jest zejście? To się dzieje gdy niektóre twarde narkotyki przestają działać. To jest po prostu najstraszniejsze uczucie na świecie. Już nie tylko dlatego, że wcześniej było cudownie, tylko dlatego, że wszystko cię boli, zużyłeś tyle energii wcześniej, że niesamowicie wszystko cię boli, jest zimno, masz drgawki, dreszcze. Miałem takie coś. To jest straszne. Ale twarde i tak są lepsze od miękkich.
MdK: Co z tymi którzy mówią, że miękkie prowadzą do twardych?
A.Ć: To nie jest do końca prawda. Ci ludzie to tłumaczą tak, że niby jak zaczynasz palić marihuanę i to na początku jest super i ten stan ci wystarcza. Bo jakieśtam narkotyki, chociażby to była tylko marihuana to po jakimś czasie wszystko inne przestaje cię cieszyć i czujesz się szczęśliwy tylko wtedy jak masz co ćpać. I takie rzeczy które kiedyś cię cieszyły, przestają cię satysfakcjonować. Jedynym co może dać ci szczęście są narkotyki. Wszystko inne jest tylko koniecznością prowadzącą do tego, żeby zajarać. To jest tak naprawdę bardzo żałosne.
MdK: Więc zniechęcasz innych? Są tacy którzy wręcz zachęcają.
A.Ć: Bo oni już nie myślą…
Za tydzień część 2.
Z Gliwic do Ostródy!
Jakub Jurkiewicz: Zespół powstał pod koniec 2009 roku. Jak przygotowywaliście się do pierwszego koncertu?
drYoung: Mogę dopowiedzieć o pierwszym koncercie. Tomek powiedział, że długo ćwiczyliśmy... Moim zdaniem było to krótko; poszło bardzo szybko, jak na zespół dziesięcioosobowy. Spotykamy się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie. Pierwszy, premierowy koncert zagraliśmy w Rock'a Clubie, tam gdzie kiedyś istniał klub studencki Gwarek i debiutował legendarny gliwicki zespół reggae - R.A.P. Chcieliśmy zrobić podobnie. Przy naszej, gliwickiej publice.
JJ: Już w pierwszym roku działalności dotarliście na „Ostróda Reggae Festiwal”. Jak było z waszym wybiciem się?
drYoung: Mówią o nas, że gramy trochę inaczej. W starym stylu, na który mało kto się porywa. Jest to troszeczkę inne reggae niż najbardziej popularne w Polsce. To daje nam możliwość wypełniania pewnej „niszy”.
JJ: Jak było w Ostródzie?
JJ: W jaki sposób powstają nowe kawałki?
drYoung: Co trzeci wychodzi, a reszta odpada….
ToK: Obecnie na koncertach wykonujemy dwa numery, których nie ma na naszej płycie. Są to „Love fire” i „Love all around”. Gramy je od dwóch miesięcy. Przygotowujemy materiał na nową płytę.
ToK: Motywem naszej pierwszej płyty jest „dobre słowo”. Druga płyta będzie miła inny motyw przewodni, ale można się domyślić jaki, skoro mówiłem o dwóch nowych numerach.
Totenton: Każdy kawałek to pewna historia z naszego życia. Nie chciałbym faworyzować żadnego, ale ja najbardziej lubię te wywrotowe, czyli np. „Deszcz”.
JJ: Gracie roots reggae. Czy jesteście nastawieni na inne nurty?
JJ: Czy przytrafiła wam się jakaś ciekawa historia?
JJ: Jakie wskazówki macie dla zaczynających granie?
JJ: Dziękuję za rozmowę!
