Możemy umieszczać! Oglądać, wio!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 lutego 2012
środa, 14 grudnia 2011
Karo-kari w Polsce?
“Hańba” przyniesiona przez 31 letnią
Agnieszkę została najprawdopodobniej “zmazana” przez jej pakistańskiego męża
Naema. Zgodnie z tradycją została zamordowana za ucieczkę od niewolniczego
traktowania
Poznali się na dyskotece. Egzotyczna
uroda Pakistańczyka spodobała się 18 letniej naiwnej dziewczynie. Po roku
urodziło się im pierwsze dziecko. Dziś prokuratura podejrzewa właśnie męża
polki o jej brutalne zabójstwo.
“Mężczyźni arabscy grają przed ślubem
wyuczoną rolę opiekunów, dużo bardziej pociągających od europejskich mężczyzn.
To się zmienia z dniem zawarcia ślubu - dosłownie z dnia na dzień” -
powiedziała Superwizjerowi zagraniczna islamistka. Agnieszka w swoim oddaniu
nauczyła się języka i wyjechała razem z chłopakiem do Pakistanu. W tym momencie
przestało chronić ją polskie prawo. Okazało się, że po ślubie zaczęła być
traktowana jak niewolnica - musiała wykonywać każde polecenie i żywić się resztkami
ze stołu. Już w tym momencie jej znajomość kultury islamu prawdopodobnie
podpowiadała jej, że nie wyjdzie ze sprawy cała i zdrowa. Postanowiła uratować
czwórkę swoich dzieci - w tym pomógł polski konsulat - pożyczając pieniądze
na ucieczkę do Polski. Agnieszka zaczęła pracować jako prostytutka by “spłacić”
swoje dzieci rodzinie Naema. Na nic się to zdało - w ciągu kilku miesięcy - i
on wrócił do Polski. Dziewczyna została znaleziona w płytkim grobie w lesie.
Każdego roku dochodzi do pięciu tysięcy
“morderstw honorowych”. To codzienność na zachodzie Europy - z problemem
nie potrafi sobie poradzić sądownictwo brytyjskie ani niemieckie.
Jak podaje Onet, by wydać na kobietę wyrok
wystarczy aktywność na Facebooku - sędziami w tej sprawie są męscy członkowie
rodziny. Wyrok polskiego sądu może zadecydować czy to będzie pierwsze czy
ostatnie karo-kari w Polsce - potrzebny jest precedens, bat, którego nie
potrafili stworzyć w innych krajach europejskich.
niedziela, 23 października 2011
Jej organizm mówi: dość! My chcielibyśmy więcej…
Poezja piłki ręcznej - tak oceniali jej błyskotliwe akcje komentatorzy telewizyjni. Sabina Włodek. Wielu z nas kojarzy się ona jako jedna z osiemnastu legend polskiej piłki ręcznej, pełna werwy i energii, której już niestety nie zobaczymy na boisku.
22 października w Chorzowie w hali MORiS odbył się Mecz Eliminacyjny Mistrzostw Europy Kobiet w piłce ręcznej 2012. Zacięty pojedynek między Polską a Czarnogórą zakończył się wynikiem 30:26 dla naszych rywalek, ale w pełni możemy być dumni z naszych reprezentantek. Włożyły wiele pracy i wysiłku w tę grę, czego jesteśmy w stu procentach pewni. Jednak w tym samym dniu pożegnaliśmy z kadry jedną z największych gwiazd polskiej piłki ręcznej. Po latach wspaniałej gry, mówi: „Organizm powiedział dość!”.
Sabina Włodek urodziła się na Śląsku, gdzie szybko rozpoczęła treningi w sekcji piłki ręcznej Sośnicy Gliwice. W 1995 roku przyjechała do Lublina, sądząc że to tylko przystanek w jej przygodzie ze sportem. Tymczasem znalazła klub, którego stała się ikoną i najbardziej rozpoznawalną zawodniczką w historii. Sabina posiadała wszystkie cechy lewoskrzydłowej, dzięki którym pamiętamy jak dobrą była zawodniczką. Była niezwykle szybka, skoczna, a technikę rzutu miała opanowaną do perfekcji. Powiedzenie, że Sabinę powinny kryć trzy przeciwniczki, dobrze odzwierciedlało boiskową osobowość szczypiornistki grającej na lewym skrzydle. Nie dawała się kontuzji, a zawsze po każdej rekonwalescencji wracała do pełnej formy. W 2005 roku, gdy SPR wywalczyło pierwsze mistrzostwo, Paweł Rodziewicz, ówczesny redaktor naczelny Handball-3r, powiedział: „Mieszkam od lat w Niemczech, oglądam na co dzień Bundesligę, ale dziewczyny z takim pokrętłem w ręce jak Włodek, to nigdy nie widziałem”. Po tym stwierdzeniu wiemy, że mamy do czynienia nie ze zwykłą szczypiornistką, ale z kobietą, która „z piłką się urodziła”.
Po zakończeniu kariery przez Wiolettę Luberecką w 2004 roku, przejęła opaskę kapitana drużyny na siedem lat. Miejmy nadzieję, że teraz w roli trenerki szybko wychowa swoje następczynie, bo ci, którzy nigdy nie widzieli jej w akcji, nie wiedzą, co stracili.
Katarzyna Baryn: Czy wiąże Pani jeszcze przyszłość ze sportem?
SW: W chwili obecnej pełnię rolę asystenta trenera zespołu SPR Lublin (wielokrotny Mistrz Polski w piłce ręcznej kobiet). Ponadto związana jestem z Uczelnią Wyższą, gdzie na kierunku wychowanie fizyczne prowadzę zajęcia metodyczne z zakresu piłki ręcznej. Tak więc nadal piłka ręczna jest obecna w moim życiu.
KB: Jakie momenty jako była zawodniczka reprezentacji Polski, kojarzą się Pani najlepiej?
SW: Z całą pewnością ogromnym przeżyciem dla każdego reprezentanta jest udział w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy. Ja miałam przyjemność uczestniczyć w pięciu imprezach rangi międzynarodowej. Najmilsze wspomnienia zawsze kojarzą się z dobrym wynikiem. Nigdy nie udało nam się stanąć na podium, ale uważam , że 5 miejsce podczas Mistrzostw Europy także było sukcesem.
KB: Czy tęskni Pani za grą na boisku i za adrenaliną, która temu towarzyszy?
SW: Moja kariera sportowa była bardzo owocna i długa. Uważam, że decyzję o jej zakończeniu podjęłam w najwłaściwszym momencie. W związku z tym, że decyzja była głęboko przemyślana, nie brakuje mi gry na boisku a ławka trenerska dostarcza mi odpowiednią dawkę adrenaliny.
KB: Jakie to uczucie stać po „drugiej” stronie i spełniać się w roli jako trener?
SW: Wbrew pozorom, wcale nie jest łatwiej niż na boisku. Trener może mieć koncepcję gry, ale to zawodnik musi ją zrealizować. Dlatego bardzo istotne są relacje między trenerem a zawodnikami. Ważne, aby zespół uwierzył w wizję gry proponowaną przez trenera i chciał ją przenieść bezpośrednio na boisko. Dlatego też wzajemne zaufanie jest bardzo istotne.
22 października w Chorzowie w hali MORiS odbył się Mecz Eliminacyjny Mistrzostw Europy Kobiet w piłce ręcznej 2012. Zacięty pojedynek między Polską a Czarnogórą zakończył się wynikiem 30:26 dla naszych rywalek, ale w pełni możemy być dumni z naszych reprezentantek. Włożyły wiele pracy i wysiłku w tę grę, czego jesteśmy w stu procentach pewni. Jednak w tym samym dniu pożegnaliśmy z kadry jedną z największych gwiazd polskiej piłki ręcznej. Po latach wspaniałej gry, mówi: „Organizm powiedział dość!”.
Sabina Włodek urodziła się na Śląsku, gdzie szybko rozpoczęła treningi w sekcji piłki ręcznej Sośnicy Gliwice. W 1995 roku przyjechała do Lublina, sądząc że to tylko przystanek w jej przygodzie ze sportem. Tymczasem znalazła klub, którego stała się ikoną i najbardziej rozpoznawalną zawodniczką w historii. Sabina posiadała wszystkie cechy lewoskrzydłowej, dzięki którym pamiętamy jak dobrą była zawodniczką. Była niezwykle szybka, skoczna, a technikę rzutu miała opanowaną do perfekcji. Powiedzenie, że Sabinę powinny kryć trzy przeciwniczki, dobrze odzwierciedlało boiskową osobowość szczypiornistki grającej na lewym skrzydle. Nie dawała się kontuzji, a zawsze po każdej rekonwalescencji wracała do pełnej formy. W 2005 roku, gdy SPR wywalczyło pierwsze mistrzostwo, Paweł Rodziewicz, ówczesny redaktor naczelny Handball-3r, powiedział: „Mieszkam od lat w Niemczech, oglądam na co dzień Bundesligę, ale dziewczyny z takim pokrętłem w ręce jak Włodek, to nigdy nie widziałem”. Po tym stwierdzeniu wiemy, że mamy do czynienia nie ze zwykłą szczypiornistką, ale z kobietą, która „z piłką się urodziła”.
Po zakończeniu kariery przez Wiolettę Luberecką w 2004 roku, przejęła opaskę kapitana drużyny na siedem lat. Miejmy nadzieję, że teraz w roli trenerki szybko wychowa swoje następczynie, bo ci, którzy nigdy nie widzieli jej w akcji, nie wiedzą, co stracili.
Katarzyna Baryn: Czy wiąże Pani jeszcze przyszłość ze sportem?
SW: W chwili obecnej pełnię rolę asystenta trenera zespołu SPR Lublin (wielokrotny Mistrz Polski w piłce ręcznej kobiet). Ponadto związana jestem z Uczelnią Wyższą, gdzie na kierunku wychowanie fizyczne prowadzę zajęcia metodyczne z zakresu piłki ręcznej. Tak więc nadal piłka ręczna jest obecna w moim życiu.
KB: Jakie momenty jako była zawodniczka reprezentacji Polski, kojarzą się Pani najlepiej?
SW: Z całą pewnością ogromnym przeżyciem dla każdego reprezentanta jest udział w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy. Ja miałam przyjemność uczestniczyć w pięciu imprezach rangi międzynarodowej. Najmilsze wspomnienia zawsze kojarzą się z dobrym wynikiem. Nigdy nie udało nam się stanąć na podium, ale uważam , że 5 miejsce podczas Mistrzostw Europy także było sukcesem.
KB: Czy tęskni Pani za grą na boisku i za adrenaliną, która temu towarzyszy?
SW: Moja kariera sportowa była bardzo owocna i długa. Uważam, że decyzję o jej zakończeniu podjęłam w najwłaściwszym momencie. W związku z tym, że decyzja była głęboko przemyślana, nie brakuje mi gry na boisku a ławka trenerska dostarcza mi odpowiednią dawkę adrenaliny.
KB: Jakie to uczucie stać po „drugiej” stronie i spełniać się w roli jako trener?
SW: Wbrew pozorom, wcale nie jest łatwiej niż na boisku. Trener może mieć koncepcję gry, ale to zawodnik musi ją zrealizować. Dlatego bardzo istotne są relacje między trenerem a zawodnikami. Ważne, aby zespół uwierzył w wizję gry proponowaną przez trenera i chciał ją przenieść bezpośrednio na boisko. Dlatego też wzajemne zaufanie jest bardzo istotne.
KATE
niedziela, 16 października 2011
Warto wrócić do klasyki!
Główną atrakcją finału kampanii społecznej „Piękna i Bestia” 15 października w C.H. Forum Gliwice, był koncert Andrzeja Piasecznego.
Jakub Krzeciński: Na świecie jest wiele zawodów, niektórych równie pięknych i dochodowych jak muzyka, ale Pan wybrał akurat ją. Dlaczego?
Andrzej Piaseczny: Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu tak się ułożyło moje życie. W wielu przypadkach talenty czasem ujawniają się samodzielnie, a w innych są prowokowane w jakiś sposób i tak też było w moim przypadku. Ja po prostu miałem szczęście trafić - zupełnie przypadkiem - do zwykłej szkoły podstawowej, w której - kiedy byłem w drugiej czy trzeciej klasie- pojawił się nowy nauczyciel wychowania muzycznego. Jak to z młodymi nauczycielami bywa (dziś już pewnie jest na emeryturze) - był bardzo dużym zapaleńcem i stworzył w szkole zespół wokalny, zespół muzyki dawnej, zespół chóralny. Ja trafiłem do zespołu wokalnego. W ten sposób chyba wykształciła się we mnie miłość do muzyki, choć w dużej mierze nieświadomie. Wydaje mi się, że dzieciak w szkole podstawowej (szczególnie na niższych stopniach edukacji) wiele rzeczy pojmuje jedynie w kategoriach zabawy. Czy coś z tej zabawy potem wyjdzie, to jest już zbieg nie tylko okoliczności i przypadków, ale również tego, czy ma gdzieś w sobie tę żyłkę. Nie byłem przecież sam w tym zespole, a chyba mnie się tylko udało spośród tych wszystkich ludzi. Pierwsze profesjonalne kroki postawiłem dopiero wiele, wiele lat później, kiedy trafiłem na studia, na wychowanie muzyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach. Tam też spotkałem przyjaciół, z którymi stworzyłem później zespół „Mafia”.
JK: Potem był szał, lata 90.,wszystkie dziewczyny się w Panu kochały i nagle koniec. Gdzie zniknął Andrzej Piaseczny?
AP: W Polsce często zwycięża taka dziennikarska nuta, że kiedy ktoś wyda płytę, a potem przez dwa lata pozwala sobie pracować nad następną, to już jest za długo. A tak wcale nie jest! George Michael wydaje płyty co siedem lat i wszyscy są cierpliwi, więc ja też proszę o odrobinę tej cierpliwości. Poza tym trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że warunki podczas tych, bodajże piętnastu lat (od momentu mojego pierwszego dużego sukcesu - do dzisiaj), zmieniły się ogromnie. Inna jest zarówno scena muzyczna, jak i sposób kupowania i przyjmowania muzyki. Dzisiaj, kiedy się sprzedaje sto tysięcy płyt, to jest taki sam sukces, jakby wtedy sprzedać milion! Niezależnie czy ja sam siebie, czy ktoś mnie uzna za człowieka, który osiągnął ten sam szczyt czy troszkę mniejszy, z całą pewnością udało mi się jakiś szczyt ponownie zdobyć, a to jest ogromny prezent, bo jest bardzo wielu ludzi i bardzo wielu artystów, którzy z tą formą swoją sprzed wielu lat ciągle się ścigają. Osobiście uważam, że to nie jest dobry pomysł, uważam, że trzeba po prostu robić swoje, a kiedy sukces przyjdzie, to trzeba go traktować troszkę w ten sposób, jakby on przyszedł nie przypadkiem, ale jakby był konsekwencją tego, co się robi, a nie konsekwencją walki o zdobycie pierwszego miejsca. Wówczas potrafi się ten sukces znacznie przyjemniej smakować, i o to chyba chodzi w tym, co się robi. Jeśli sami siebie postawimy gdzieś w peletonie, którego celem jest zdobywanie tego pierwszego miejsca, to odczuwamy tylko wyścig, a potem kiedy już wpadniemy na metę i przypadkowo okaże się, że jesteśmy pierwsi, to nie mamy siły żeby się z tego pierwszego miejsca cieszyć.
JK: A czy gdyby muzyka nie przynosiła zysków, robiłby pan to dalej?
AP: Nie mam pojęcia. Uczciwie mówię, że muzyka jest tyleż samo moim życiem, co sposobem zarabiania na to życie. Jest wielu ludzi, którzy nie odnoszą aż tak wielkiego sukcesu jaki mi się odnieść udało, i świetnie sobie dają w życiu radę i uprawiają tę muzykę. Znamy siebie na tyle, na ile się sprawdziliśmy. Ja nie potrafię konkretnie odpowiedzieć na to pytanie, ale to nie jest chęć ucieczki od niego, tylko po prostu uczciwa niewiedza. Wolę odpowiedzieć w taki sposób, niż kłamliwe zarzekać się „Tak, oczywiście! Za wszelką cenę! Zawsze!”. Nie wiem tego, po prostu mam to szczęście, że mi się udaje. Być może nie muszę takim dylematom stawiać czoła.
JK: Wiele znanych postaci show-biznesu możemy dziś oglądać w reklamach banków, kredytów i sieci komórkowych. Jak zapatruje się Pan na takie praktyki?
AP: Nie widzę w tym nic złego. To jest tak, że często aktorom się wyrzuca, że powinni oddawać się sztuce wyższej, grać w teatrach i broń boże nie tykać się niczego, co ociera się o większe pieniądze. Ale czy tak naprawdę Markowi Kondratowi jego długoletni udział w reklamówkach umniejszył właściwość bycia aktorem dużego formatu? Nie sądzę. Prawdopodobnie jest to dylemat, który powinien rozstrzygać każdy z nas zupełnie z osobna. Jest to jakaś prawda, że reklamowanie margaryny to nie to samo, co reklamowanie banku, ale z drugiej strony dlaczego bank ma być lepszy? A jeszcze z innej strony - chyba to wszystko jest kwestią pewnej formuły, bo np. dzisiaj chce się spalić na stosie Nergala, dlatego że czasami pozwala sobie na specyficznego rodzaju dowcipy, ale nikt nie pomyśli o tym, że te same dowcipy w znacznie ostrzejszej formie, lata temu uprawiał MontyPython ze swoim zespołem! Dzisiaj nikt nie chce go za to spalić na stosie, a John'a Cleese'a zaprasza się do polskich reklamówek. I nikt nie myśli o tym, że trzeba zrobić wyprawę krzyżową na Wielka Brytanię, wykopać truchło Monty Pythona i coś brzydkiego z nim zrobić. To są trudne pytania, ja nie chcę stworzyć wrażenia, że znam odpowiedź na każde.
JK: I na koniec, ze względu na kulturalną specyfikę mojej redakcji, muszę pana poprosić o polecenie czytelnikom jednej książki, jednego albumu muzycznego(poza swoim) i jednego filmu.
AP: Jeśli chodzi o książkę, to najbliższe będzie mi to, co mam ostatnie w pamięci, a dosłownie przed chwilą, ściślej mówiąc - ledwie wczoraj, skończyłem„Martwe Dusze”, więc klasyka. Klasyka o której bardzo często zapominamy...
JK: Dlatego, że często wciska nam się ją w szkołach na siłę, a nie wszystkie klasyki są dobre.
AP: Przeżyłem to samo i mój przykład to doskonale potwierdza. Bardzo długo nie czytałem i jest to właśnie efektem tego, że mi to czytelnictwo na siłę wciskano. Teraz nadrabiam stracony czas i całkiem to sobie chwalę. Ale o klasykach zapominamy też z innego powodu - poddajemy się modom. Wcześniej był Wharton, teraz Coelho, czy ktoś inny. Warto wrócić do klasyki dlatego, że w niej odkrywa się zupełnie inne wartości, szczególnie kiedy nieustannie zastanawiamy się nad tą wojenką słowiańsko-słowiańską (bo już nie polsko-polską) z naszymi braćmi ze wschodu, to bardzo dobrze jest wziąć sobie coś takiego przed oczy i spróbować jedynie zastąpić rosyjskie imiona polskimi i będzie dokładnie to samo. Więc to niech będzie książką –„Martwe Dusze” Nikołaja Gogola.
Co do muzyki, to nie wpadło mi w ręce ostatnio nic z nowości, a i z przypomnieniem sobie filmu mam mały problem, dlatego wyłgam się trochę i połączę muzykę z filmem i powiem o przedstawieniu.
Nie dalej jak pięć dni temu byłem w operze narodowej na Turandot. Jestem wyjątkowo mocno zbudowany tym, że w Polsce, którą często stawia się gdzieś hen w długim ogonku za pierwszorzędnymi miejscami na świecie, nie muszę mówić o La Scali, nie muszę mówić o Metropolitan Opera, mówię o Operze Narodowej. Z tego co wiem Mariusz Treliński jest rozchwytywany na świecie i prawie w ogóle nie wysiada z samolotu, i to jest świetne, że jest Polakiem i potrafił stworzyć taką inscenizację, która po prostu rzuca na kolana. A skoro jest to przedstawienie nie grane tak znowu często - myślę, że będzie to klika dni na dwa miesiące-polecam wszystkim koniecznie stronę internetową Opery Narodowej, żeby koniecznie na Turandot się załapać.
JaK
sobota, 15 października 2011
Historia pewnego tłumu
Wyobraźmy sobie niedzielę - jedenastą pięćdziesiąt trzy, tłum tłoczący się pracowicie przy akompaniamencie stłumionych rozmów oraz Gliwicki Teatr Muzyczny, który każdego miesiąca w niedzielne południe otwiera swoje podwoje dla wielbicieli Krakowskiego Salonu Poezji. Znalazłam się w samym środku jednego z tych wydarzeń, zainicjowanych przecież przez Annę Dymną, ze szczerym zamiarem obcowania z poetycką metafizyką. Imprezy z salonowego cyklu mają charakter spotkania, konfrontacji debiutantów ze znanymi mistrzami deklamacji, wspólnej refleksji o tym i owym, a przede wszystkim pośredniego dialogu aktora z widzem. Wpadłam do GTM podjąć tę rozmowę i zaniżyć średnią wieku na widowni.
Mówiąc o entuzjastach recytacji, należy pamiętać, żeby nie popełnić błędu, a widzów nie napisać przypadkiem przez tłum otwarty. Zazwyczaj jest tak, że wchodzi się do teatru, zajmuje miejsce, mości na siedzeniu i wertuje repertuar – następuje dziwna symbioza z krzesłem. Mnie interesował jednak sam moment pełnego napięcia oczekiwania w holu, nerwowa atmosfera niezobowiązujących, eleganckich rozmów, gradacja nastroju osiągająca apogeum w chwili otwarcia drzwi oraz finalna, szaleńcza pogoń w stronę pierwszych rzędów, heroiczny, choć dystyngowany bieg na szpilkach, w błyszczących lakierkach, wśród trzepotu gustownych szali, ponieważ miejsca nie są numerowane, ponieważ dobrze jest kontemplować z bliska każdy grymas aktora, a kto pierwszy, ten lepszy! Podczas takiego napięcia niezawodnie musi dochodzić do transcendencji, warto więc zbadać zagadnienie.
Badania przeprowadzałam bardzo dzielnie i rzetelnie depcząc po eleganckich stopach, zdobyłam szturmem środkowy fotel w przedostatnim rzędzie. Zadowolona z takiego obrotu sprawy wzmocniłam fortyfikacje, rzucając tryumfalne spojrzenia zazdrosnym damom z rzędu ostatniego i, w oczekiwaniu na gospodarza salonu, oddałam się rozważaniom socjologicznym. Spojrzałam w stronę sceny zza prawego ramienia barczystego amatora erotyków Grochowiaka okupującego fotel przede mną. Rzut oka z drugiej strony. Lewy bark był na swoim miejscu i ściśle wypełniał przestrzeń sceniczną, a ręka spoczywająca w kieszeni marynarki wyglądała natomiast tak, jakby trzymał w niej przynajmniej pięć bez atu. Rola moja jako „badacza prądów zachowań” miała się tym razem ograniczyć do przeglądu obuwia pań zajmujących sąsiednie miejsca. Ale jakież to były buty! Wyposażone w lśniące klamerki z metalowymi wykończeniami, technicznie przystosowane do galowych biegów przełajowych…
Tymczasem rozległa się burza oklasków. Prelekcja, dwugłos, fortepian, dialog liryczny. Pani z prawej koneserskim zwyczajem wydęła usta, przyglądając się swoim niebotycznym obcasom. Fonetyczna esencja mizerabilizmu, magia słowa, brzęk filiżanek, szum przekładanych stronic. Spojrzenia pełne skupienia i uwagi, kilka łez wzruszenia, tak, tak, mimo wszystko poruszają ci turpiści, niebywałe doprawdy, alkoholizm prawdziwie inspiruje, donośny dzwonek telefonu, zmarszczone brwi, szepty, melorecytacja, melancholijne westchnienia, oklaski, stuk podnoszonych foteli…
Obsługa szatni zadrżała. Rozpoczęło się wielkie wychodzenie.
Mówiąc o entuzjastach recytacji, należy pamiętać, żeby nie popełnić błędu, a widzów nie napisać przypadkiem przez tłum otwarty. Zazwyczaj jest tak, że wchodzi się do teatru, zajmuje miejsce, mości na siedzeniu i wertuje repertuar – następuje dziwna symbioza z krzesłem. Mnie interesował jednak sam moment pełnego napięcia oczekiwania w holu, nerwowa atmosfera niezobowiązujących, eleganckich rozmów, gradacja nastroju osiągająca apogeum w chwili otwarcia drzwi oraz finalna, szaleńcza pogoń w stronę pierwszych rzędów, heroiczny, choć dystyngowany bieg na szpilkach, w błyszczących lakierkach, wśród trzepotu gustownych szali, ponieważ miejsca nie są numerowane, ponieważ dobrze jest kontemplować z bliska każdy grymas aktora, a kto pierwszy, ten lepszy! Podczas takiego napięcia niezawodnie musi dochodzić do transcendencji, warto więc zbadać zagadnienie.
Badania przeprowadzałam bardzo dzielnie i rzetelnie depcząc po eleganckich stopach, zdobyłam szturmem środkowy fotel w przedostatnim rzędzie. Zadowolona z takiego obrotu sprawy wzmocniłam fortyfikacje, rzucając tryumfalne spojrzenia zazdrosnym damom z rzędu ostatniego i, w oczekiwaniu na gospodarza salonu, oddałam się rozważaniom socjologicznym. Spojrzałam w stronę sceny zza prawego ramienia barczystego amatora erotyków Grochowiaka okupującego fotel przede mną. Rzut oka z drugiej strony. Lewy bark był na swoim miejscu i ściśle wypełniał przestrzeń sceniczną, a ręka spoczywająca w kieszeni marynarki wyglądała natomiast tak, jakby trzymał w niej przynajmniej pięć bez atu. Rola moja jako „badacza prądów zachowań” miała się tym razem ograniczyć do przeglądu obuwia pań zajmujących sąsiednie miejsca. Ale jakież to były buty! Wyposażone w lśniące klamerki z metalowymi wykończeniami, technicznie przystosowane do galowych biegów przełajowych…
Tymczasem rozległa się burza oklasków. Prelekcja, dwugłos, fortepian, dialog liryczny. Pani z prawej koneserskim zwyczajem wydęła usta, przyglądając się swoim niebotycznym obcasom. Fonetyczna esencja mizerabilizmu, magia słowa, brzęk filiżanek, szum przekładanych stronic. Spojrzenia pełne skupienia i uwagi, kilka łez wzruszenia, tak, tak, mimo wszystko poruszają ci turpiści, niebywałe doprawdy, alkoholizm prawdziwie inspiruje, donośny dzwonek telefonu, zmarszczone brwi, szepty, melorecytacja, melancholijne westchnienia, oklaski, stuk podnoszonych foteli…
Obsługa szatni zadrżała. Rozpoczęło się wielkie wychodzenie.
Anna Majewska
wtorek, 11 października 2011
Elfy są już na torach
1 października trasą Częstochowa - Gliwice przemknął pierwszy nowoczesny pociąg Elf z taboru nowego przewoźnika - Kolei Śląskich.
Marszałek Województwa zniesmaczony roszczeniową postawą Przewozów Regionalnych postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaoferować Ślązakom kolej, z której będą chcieli korzystać - zorganizowanej na wzór tych działających już w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Jednak debiut wyznaczony na 1 czerwca okazał się falstartem - na drodze stanęła potrzeba dopracowania szczegółów, podpisania umów i zsynchronizowania z pozostałymi przewoźnikami. Dopiero wraz z początkiem roku akademickiego wszystko było już przygotowane i pasażerowie z Częstochowy mogli cieszyć się nowoczesnym składem. Cichy ELF usadzony na poduszce pneumatycznej pozbawił podróżujących możliwości słuchania charakterystycznego stukania o tory, a klimatyzacja zmusiła innych do założenia swetra. W 4 członach pociągu jest zawsze jasno dzięki dużym oknom i mocnemu oświetleniu, a projektanci zadbali o ergonomię ułożenia siedzeń, dzięki czemu siedzący naprzeciwko siebie nie trącają się kolanami. Mimo niedopracowanego systemu informacji audio-wizualnej, który wciąż informuje, że jest się w pociągu Przewozów Regionalnych, wielką przyjemnością jest oglądanie jak bezgłośnie przemyka się po polskich torach. Koleje Śląskie dysponują oprócz ELFów jednym szynobusem i 3 FLIRTami, których skrót w nazwie rozwija się w "Szybki, Lekki, Innowacyjny Pociąg Regionalny". Docelowo wszystkie będą mogły przekraczać prędkość 130 km/h, gdy rozwiązany zostanie problem 50-letnich szyn w Katowicach na których dla bezpieczeństwa obowiązuje prędkość o 80km/h mniejsza. Wspomniany zakaz ma swoje uzasadnienie - brawura maszynisty w ubiegłoroczne wakacje doprowadziła do wykolejenia się FLIRTa relacji Tychy - Katowice, a w zdarzeniu 5 osób zostało rannych. Wykolejony pociąg należał do PKP, nam pozostaje liczyć na rozsądek maszynistów instytucji powołanej 17 lutego 2010 przez władze województwa śląskiego. Na razie jest prawie pewne, że trasa będzie przynosiła zyski mimo tańszych biletów, a całkowite przejęcie linii przyczyni się do ukończenia projektu Szybkiej Kolei Regionalnej. Jeżeli wszystko się uda, zwolennicy autonomii Śląska zostaną wyposażeni w potężny argument, a Koleje Śląskie będą obsługiwały zasięg podobny do Kolei Miast Śląskich i Galicyjskich z 1888 roku z tą różnicą, że pojadą po torach o wiele szybciej i ciszej, a bilet będzie można kupić przez SMS.
Marszałek Województwa zniesmaczony roszczeniową postawą Przewozów Regionalnych postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaoferować Ślązakom kolej, z której będą chcieli korzystać - zorganizowanej na wzór tych działających już w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Jednak debiut wyznaczony na 1 czerwca okazał się falstartem - na drodze stanęła potrzeba dopracowania szczegółów, podpisania umów i zsynchronizowania z pozostałymi przewoźnikami. Dopiero wraz z początkiem roku akademickiego wszystko było już przygotowane i pasażerowie z Częstochowy mogli cieszyć się nowoczesnym składem. Cichy ELF usadzony na poduszce pneumatycznej pozbawił podróżujących możliwości słuchania charakterystycznego stukania o tory, a klimatyzacja zmusiła innych do założenia swetra. W 4 członach pociągu jest zawsze jasno dzięki dużym oknom i mocnemu oświetleniu, a projektanci zadbali o ergonomię ułożenia siedzeń, dzięki czemu siedzący naprzeciwko siebie nie trącają się kolanami. Mimo niedopracowanego systemu informacji audio-wizualnej, który wciąż informuje, że jest się w pociągu Przewozów Regionalnych, wielką przyjemnością jest oglądanie jak bezgłośnie przemyka się po polskich torach. Koleje Śląskie dysponują oprócz ELFów jednym szynobusem i 3 FLIRTami, których skrót w nazwie rozwija się w "Szybki, Lekki, Innowacyjny Pociąg Regionalny". Docelowo wszystkie będą mogły przekraczać prędkość 130 km/h, gdy rozwiązany zostanie problem 50-letnich szyn w Katowicach na których dla bezpieczeństwa obowiązuje prędkość o 80km/h mniejsza. Wspomniany zakaz ma swoje uzasadnienie - brawura maszynisty w ubiegłoroczne wakacje doprowadziła do wykolejenia się FLIRTa relacji Tychy - Katowice, a w zdarzeniu 5 osób zostało rannych. Wykolejony pociąg należał do PKP, nam pozostaje liczyć na rozsądek maszynistów instytucji powołanej 17 lutego 2010 przez władze województwa śląskiego. Na razie jest prawie pewne, że trasa będzie przynosiła zyski mimo tańszych biletów, a całkowite przejęcie linii przyczyni się do ukończenia projektu Szybkiej Kolei Regionalnej. Jeżeli wszystko się uda, zwolennicy autonomii Śląska zostaną wyposażeni w potężny argument, a Koleje Śląskie będą obsługiwały zasięg podobny do Kolei Miast Śląskich i Galicyjskich z 1888 roku z tą różnicą, że pojadą po torach o wiele szybciej i ciszej, a bilet będzie można kupić przez SMS.
ox
niedziela, 9 października 2011
Wybory
Dziś odbyły się wybory parlamentarne. Lokale wyborcze czynne były od godziny 7 do 21. Każda osoba uprawniona mogła oddać swój głos na jednego posła i jednego kandydata do Senatu.
Według Państwowej Komisji Wyborczej frekwencja do godziny 18. wynosiła 39,65%, a jeśli chodzi o okręgi – największą frekwencję odnotowano w Warszawie – 53,77%. W tym roku wybór mieliśmy pomiędzy 15 partiami politycznymi. Według sondaży największe poparcie uzyskała Platforma Obywatelska, na drugim miejscu Prawo i Sprawiedliwość, na trzecim Ruch Palikota, a na czwartym Polskie Stronnictwo Ludowe.
Według Państwowej Komisji Wyborczej frekwencja do godziny 18. wynosiła 39,65%, a jeśli chodzi o okręgi – największą frekwencję odnotowano w Warszawie – 53,77%. W tym roku wybór mieliśmy pomiędzy 15 partiami politycznymi. Według sondaży największe poparcie uzyskała Platforma Obywatelska, na drugim miejscu Prawo i Sprawiedliwość, na trzecim Ruch Palikota, a na czwartym Polskie Stronnictwo Ludowe.
Sendi
sobota, 8 października 2011
Fotografia znaczy malować świat
W Willi Caro odbył się dziś wykład Ewy Kuryluk „Ars i foto”, będący zwieńczeniem tygodniowego pobytu artystki w Gliwicach.
Słysząc wcześniej skrajne opinie na temat malarki (fotografki? twórczyni instalacji? Jak sama przyznaje – Nie myślę w ogóle w „kategoriach”), z chęcią znalazłam dla siebie miejsce na sali, by skonfrontować owe podzielone zdania z własnymi odczuciami. Wbrew obawom, Kuryluk zaprezentowała się jako osoba niezwykle ciepła i otwarta. Z uśmiechem opowiadała o początkach swojej twórczości i fascynacji powiązania malarstwa z fotografią, dziedzin tak sobie różnych, a jednocześnie tak podobnych.
Nastoletniej Kuryluk, kopiującej obrazy Pietera Brugela, podziwiającej postimpresjonistów, nie śniło się nawet, że w przyszłości sama mogłaby jeździć ze swoimi pracami po świecie. „Nie posiadam talentu, który pozwoliłby mi stać się czymś więcej niż przeciętną malarką”, zanotowała jako piętnastolatka. Przeciętność nie wchodziła w rachubę, w związku z tym postanowiła szukać drogi dla siebie. I choć nie przestawała malować (stosunkowo późno w swojej karierze zrezygnowała z pędzla), coraz bardziej pasjonowało ją jak przedstawić i manipulować rzeczywistością za pomocą fotografii. Zaczęła robić autoportrety z samowyzwalacza, ukazując siebie na zdjęciach taką, jak w danej chwili chciała być widziana. Byłam słabego zdrowia. Nie chciałam ich nikomu pokazywać wcześniej niż dwadzieścia lat po śmierci – wspomina dzisiaj. To była swoista dokumentacja siebie. To, czego szukała jako artystka, odnalazła w hiperrealizmie.
Na wystawie znajdziemy zarówno wpasowujące się w jego nurt wspomniane już intymne autoportrety Kuryluk sprzed lat kilkunastu, jak i te nowsze, kontrastujące z nimi swoistą teatralnością. Specjalnie na potrzeby prezentacji prac artystki w Gliwicach powstał „Konik”, wieńczący cykl dziesięciu instalacji na świetlistym tle. Dziecięca naiwność balansuje tu na granicy banalności i kiczu, osobiście uważam go za najsłabszy punkt wystawy. O wiele bardziej przypadły mi do gustu fragmenty instalacji amerykańskich: „Krzesła” oraz „Teatr miłości”, całuny przedstawiające osobiste dramaty i szczęścia, niewątpliwie inspirowane legendą o chuście Weroniki, kilkukrotnie przywołanej we wspomnieniach podczas wykładu. Obrazy-kolaże nie wszystkim przypadną do gustu, ale z pewnością pozostaną na długo w pamięci. Wizje te na płótnie, niczym kartki z pamiętnika, refleksje nad chwilą niepozbawione wyrzutów sumienia dręczą, niepokoją. Nie można pozostać wobec nich obojętnym.
Aleksandra Wojtkiewicz, absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie pracująca w National Gallery w Edynburgu, określa sztukę Kuryluk jako „oscylację między narracją, a obrazowaniem”. Życie i sztuka są tu jak osoba i cień, nierozdzielne, uzupełniające się wzajemnie – pisze w swoim komentarzu do wystawy. Przekrój wybranych prac artystki z różnych okresów Jej twórczości można będzie oglądać w gliwickiej Czytelni Sztuki przy ul. Dolnych Wałów 8a do 27 listopada.
Wiktoria Uljanowska
Ars i Foto
Twórczość Ewy Kuryluk jest powiązana z wieloma dziedzinami plastycznymi, począwszy od autofotografii, a skończywszy na artystycznych instalacjach. Najbardziej przypadły mi do gustu akrylowe obrazy-kolaże, emanujące awangardą, przeplatane życiem, intymnością i rozwojem technologii. Warte uwagi są również autoportrety malarki, wykonane w latach 70, mające charakter swoistych scenek rodzajowych. „Seria zdjęć z maską” jest przykładem eksperymentowania z rekwizytami i patrzenia na fotografię przez pryzmat obrazu malarskiego. Nie przemówiła do mnie natomiast artystyczna instalacja, która wydaje się być główną atrakcją wystawy. Przyznam, że cały koncept instalacji jest dość oryginalny, ale wydaje się prosty w wykonaniu, a ponadto nie wyraża jakiegokolwiek artyzmu. Najlepszą pracą wystawy jest obraz "Rozciąć horyzont", niewątpliwie inspirowany dziełami Marca Chagalla.
autorka wystawy
instalacja
"Rozciąć horyzont"
Kasia Kowalczyk
czwartek, 6 października 2011
Dzień z życia redakcji
Jak co tydzień cisnę pociągiem na 17, do Młodzieżowego Domu Kultury przy ul.Barlickiego 3 w Gliwicach, bo zobaczyć tam jedynie będącą zawsze i wszędzie na czas głowę całego zamieszania Adrianę Urgacz i dwie inne osoby - reszta jak zawsze się spóźni. Kiedy już docierają wszyscy, tradycja wymaga, by zawsze choć jedna osoba przyniosła jedzenie i przez pierwsze 15-20 zamiast uczestniczyć w zajęciach, objadała się na oczach innych - najczęściej są to Wiktoria lub Jakub. Zajęcia dziś klasyczne - warsztaty. Żadnego wyjścia, jak tydzień temu, twarde siedzenie i pisanie. Mamy parę nowych osób, które trzeba wdrożyć w temat. Problemów z tym nie brakuje, największy miała Sandra - jak się podpisać pod artykułem. Podchodzi i szeptem pyta do ucha: "Daj mi złotą radę - jak się mam podpisać". Głośny śmiech pytanego zburzył całą tajemnicę.
Ja z drugiej strony miałem zamieszanie z umówieniem się z "chłopcem z zapałkami", który wydzwania średnio trzy razy w tygodniu do redakcji, z pytaniem, czy o Nim napiszemy. Cóż za upór. Upór, którego powinniśmy się uczyć, w końcu dobry dziennikarz wyrzucony drzwiami - wejdzie oknem. A jeszcze lepszego w ogóle nie wyrzucą.
W związku z tym, że szukamy nowych twarzy redakcji, odwiedziła nas pewne osoba, ale nie wiem czy można nazwać ją "nową twarzą". Był to mężczyzna, który nawet napisał artykuł o nowościach w Oplu, jednak nikt z nas nie wie jak się nazywa i jak wygląda. Nie sposób złapać go w jakikolwiek sposób. Nazwijmy go roboczo - Fantomas.
Otóż Fantomas jest podobno ścigany przez Pentagon i stąd ta ostrożność. Dodatkowo ściga go Paniówkowa mafia za brak faktury za prowadzone z nimi ciemne interesy.
Nie brakowało jak zawsze gromkich śmiechów i głupich dowcipów, ale wszyscy wyglądaliśmy - jak zawsze - nieskazitelnie.
Pani Adriana - klasycznie na biało i okularami na głowie (by solidaryzować z Fantomasem)
Wiktoria - w czarnych rajstopkach i cekinowym batmanem na koszulce
Sandra - wyjątkowo bezczelnie w kapeluszu przed Godłem
Paulina - jak na wieczór z drogim winem
Jakub - w podejrzanej kędzierzawej czapce
Szymon - w czym był Szymon?
no a Fantomas był w niczym, bo był, ale go nie było i nikt nie może wiedzieć, że był
Reszta niestety nieobecna, no może poza częściowo obecną Anną, z którą rozmawiałem przez telefon - ot i cała Jej obecność.
Chcesz przyjść? Czekamy w każdy czwartek od godziny 17 w MDK przy ul. Barlickiego 3 w Gliwicach.
Ty się nie spóźnij!
(wszystkie wymienione w tekście -poza Fantomasem- osoby obecne w dziale "Redaktorzy")
(wszystkie wymienione w tekście -poza Fantomasem- osoby obecne w dziale "Redaktorzy")
Subskrybuj:
Posty (Atom)