Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2011

„Od Piaf do Garou” Michała Bajora


26 listopada o godzinie 19 w Gliwickim Teatrze Muzycznym, Michał Bajor zaprezentuje publiczności recital „Od Piaf do Garou”.

To już 17 płyta w karierze Michała Bajora, a nadal zachwyca i przyciąga nowych słuchaczy. Od wielkiego wydarzenia, jakim była rola w spektaklu muzycznym pt. „Brel” w warszawskim teatrze Ateneum, aktor i piosenkarz poświęcił się prawie całkowicie karierze związanej z muzyką.

Artysta ma już na swoim koncie własny teatr piosenki, z którym podróżuje po całym świecie z wieloma recitalami. Ponad ćwierć wieku piszą dla niego najlepsi kompozytorzy i autorzy tekstów. Ponownie zachwyci nas piosenkami z repertuaru m.in. Edith Piaf, Charles Aznavour, Yves Montand, Gilbert Becaud, czy Garou.

Gliwicki Teatr Muzyczny serdecznie zaprasza wszystkich melomanów.
Bilety w cenie 55zł i 60zł.

Kasia Baryn

Warsztaty literackie w ramach „Klubu Literackiego”

30 listopada o godz.16.30 Centrum Organizacji Kulturalnych Perełka organizuje warsztaty literackie w ramach „Klubu Literackiego”. W ten wieczór, „Perełka” ma zaszczyt gościć Krzysztofa Siwczyka, który poprowadzi spotkanie.

Krzysztof Siwczyk jest poetą, autorem wielu wierszy, współtwórcą grupy poetyckiej „Na dziko”, aktorem oraz recenzentem literackim.

Warsztaty skierowane są do osób, które interesują się pisaniem wierszy i prozy. W żaden sposób nie wymagane są jakiekolwiek doświadczenia w tym zakresie, czy profesjonalne umiejętności. Ich celem  jest m.in. aktywna praca nad badaniem tekstu literackiego, ćwiczenia warsztatowe, interpretacja tekstów oraz udzielanie pomocy w publikacji prozy, wierszy, recenzji w prasie literackiej i ogólnopolskich periodykach kulturalno-społecznych. Zaproszeni są wszyscy, bez względu na wiek.

Klub Inicjatyw Kulturalnych serdecznie zaprasza do „Perełki” (Filia GCOP) ul. Studzienna 6, w poniedziałki o godzinie 17.30. Szczegółowe informacje uzyskać można telefonicznie pod nr (32) 231 55 36 (pon.-pt. od 13.00 do 18.00) lub nr 885 520 278.




Kasia Baryn

niedziela, 16 października 2011

Warto wrócić do klasyki!

Główną atrakcją finału kampanii społecznej „Piękna i Bestia” 15 października w C.H. Forum Gliwice, był koncert Andrzeja Piasecznego.

Jakub Krzeciński: Na świecie jest wiele zawodów, niektórych równie pięknych i dochodowych jak muzyka, ale Pan wybrał akurat ją. Dlaczego?
Andrzej Piaseczny: Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu tak się ułożyło moje życie. W wielu przypadkach talenty czasem ujawniają się samodzielnie, a w innych są prowokowane w jakiś sposób i tak też było w moim przypadku. Ja po prostu miałem szczęście trafić - zupełnie przypadkiem - do zwykłej szkoły podstawowej, w której - kiedy byłem w drugiej czy trzeciej klasie- pojawił się nowy nauczyciel wychowania muzycznego. Jak to z młodymi nauczycielami bywa (dziś już pewnie jest na emeryturze) - był bardzo dużym zapaleńcem i stworzył w szkole zespół wokalny, zespół muzyki dawnej, zespół chóralny. Ja trafiłem do zespołu wokalnego. W ten sposób chyba wykształciła się we mnie miłość do muzyki, choć w dużej mierze nieświadomie. Wydaje mi się, że dzieciak w szkole podstawowej (szczególnie na niższych stopniach edukacji) wiele rzeczy pojmuje jedynie w kategoriach zabawy. Czy coś z tej zabawy potem wyjdzie, to jest już zbieg nie tylko okoliczności i przypadków, ale również tego, czy ma gdzieś w sobie tę żyłkę. Nie byłem przecież sam w tym zespole, a chyba mnie się tylko udało spośród tych wszystkich ludzi. Pierwsze profesjonalne kroki postawiłem dopiero wiele, wiele lat później, kiedy trafiłem na studia, na wychowanie muzyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach. Tam też spotkałem przyjaciół, z którymi stworzyłem później zespół „Mafia”.

JK: Potem był szał, lata 90.,wszystkie dziewczyny się w Panu kochały i nagle koniec. Gdzie zniknął Andrzej Piaseczny?
AP: W Polsce często zwycięża taka dziennikarska nuta, że kiedy ktoś wyda płytę, a potem przez dwa lata pozwala sobie pracować nad następną, to już jest za długo. A tak wcale nie jest! George Michael wydaje płyty co siedem lat i wszyscy są cierpliwi, więc ja też proszę o odrobinę tej cierpliwości. Poza tym trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że warunki podczas tych, bodajże piętnastu lat (od momentu mojego pierwszego dużego sukcesu - do dzisiaj), zmieniły się ogromnie. Inna jest zarówno scena muzyczna, jak i sposób kupowania i przyjmowania muzyki. Dzisiaj, kiedy się sprzedaje sto tysięcy płyt, to jest taki sam sukces, jakby wtedy sprzedać milion! Niezależnie czy ja sam siebie, czy ktoś mnie uzna za człowieka, który osiągnął ten sam szczyt czy troszkę mniejszy, z całą pewnością udało mi się jakiś szczyt ponownie zdobyć, a to jest ogromny prezent, bo jest bardzo wielu ludzi i bardzo wielu artystów, którzy z tą formą swoją sprzed wielu lat ciągle się ścigają. Osobiście uważam, że to nie jest dobry pomysł, uważam, że trzeba po prostu robić swoje, a kiedy sukces przyjdzie, to trzeba go traktować troszkę w ten sposób, jakby on przyszedł nie przypadkiem, ale jakby był konsekwencją tego, co się robi, a nie konsekwencją walki o zdobycie pierwszego miejsca. Wówczas potrafi się ten sukces znacznie przyjemniej smakować, i o to chyba chodzi w tym, co się robi. Jeśli sami siebie postawimy gdzieś w peletonie, którego celem jest zdobywanie tego pierwszego miejsca, to odczuwamy tylko wyścig, a potem kiedy już wpadniemy na metę i przypadkowo okaże się, że jesteśmy pierwsi, to nie mamy siły żeby się z tego pierwszego miejsca cieszyć.

JK: A czy gdyby muzyka nie przynosiła zysków, robiłby pan to dalej?
AP: Nie mam pojęcia. Uczciwie mówię, że muzyka jest tyleż samo moim życiem, co sposobem zarabiania na to życie. Jest wielu ludzi, którzy nie odnoszą aż tak wielkiego sukcesu jaki mi się odnieść udało, i świetnie sobie dają w życiu radę i uprawiają tę muzykę. Znamy siebie na tyle, na ile się sprawdziliśmy. Ja nie potrafię konkretnie odpowiedzieć na to pytanie, ale to nie jest chęć ucieczki od niego, tylko po prostu uczciwa niewiedza. Wolę odpowiedzieć w taki sposób, niż kłamliwe zarzekać się „Tak, oczywiście! Za wszelką cenę! Zawsze!”. Nie wiem tego, po prostu mam to szczęście, że mi się udaje. Być może nie muszę takim dylematom stawiać czoła.

JK: Wiele znanych postaci show-biznesu możemy dziś oglądać w reklamach banków, kredytów i sieci komórkowych. Jak zapatruje się Pan na takie praktyki?
AP: Nie widzę w tym nic złego. To jest tak, że często aktorom się wyrzuca, że powinni oddawać się sztuce wyższej, grać w teatrach i broń boże nie tykać się niczego, co ociera się o większe pieniądze. Ale czy tak naprawdę Markowi Kondratowi jego długoletni udział w reklamówkach umniejszył właściwość bycia aktorem dużego formatu? Nie sądzę. Prawdopodobnie jest to dylemat, który powinien rozstrzygać każdy z nas zupełnie z osobna. Jest to jakaś prawda, że reklamowanie margaryny to nie to samo, co reklamowanie banku, ale z drugiej strony dlaczego bank ma być lepszy? A jeszcze z innej strony - chyba to wszystko jest kwestią pewnej formuły, bo np. dzisiaj chce się spalić na stosie Nergala, dlatego że czasami pozwala sobie na specyficznego rodzaju dowcipy, ale nikt nie pomyśli o tym, że te same dowcipy w znacznie ostrzejszej formie, lata temu uprawiał MontyPython ze swoim zespołem! Dzisiaj nikt nie chce go za to spalić na stosie, a John'a Cleese'a zaprasza się do polskich reklamówek. I nikt nie myśli o tym, że trzeba zrobić wyprawę krzyżową na Wielka Brytanię, wykopać truchło Monty Pythona i coś brzydkiego z nim zrobić. To są trudne pytania, ja nie chcę stworzyć wrażenia, że znam odpowiedź na każde.

JK: I na koniec, ze względu na kulturalną specyfikę mojej redakcji, muszę pana poprosić o polecenie czytelnikom jednej książki, jednego albumu muzycznego(poza swoim) i jednego filmu.
AP: Jeśli chodzi o książkę, to najbliższe będzie mi to, co mam ostatnie w pamięci, a dosłownie przed chwilą, ściślej mówiąc - ledwie wczoraj, skończyłem„Martwe Dusze”, więc klasyka. Klasyka o której bardzo często zapominamy...

JK: Dlatego, że często wciska nam się ją w szkołach na siłę, a nie wszystkie klasyki są dobre.
AP: Przeżyłem to samo i mój przykład to doskonale potwierdza. Bardzo długo nie czytałem i jest to właśnie efektem tego, że mi to czytelnictwo na siłę wciskano. Teraz nadrabiam stracony czas i całkiem to sobie chwalę. Ale o klasykach zapominamy też z innego powodu - poddajemy się modom. Wcześniej był Wharton, teraz Coelho, czy ktoś inny. Warto wrócić do klasyki dlatego, że w niej odkrywa się zupełnie inne wartości, szczególnie kiedy nieustannie zastanawiamy się nad tą wojenką słowiańsko-słowiańską (bo już nie polsko-polską) z naszymi braćmi ze wschodu, to bardzo dobrze jest wziąć sobie coś takiego przed oczy i spróbować jedynie zastąpić rosyjskie imiona polskimi i będzie dokładnie to samo. Więc to niech będzie książką –„Martwe Dusze” Nikołaja Gogola.
Co do muzyki, to nie wpadło mi w ręce ostatnio nic z nowości, a i z przypomnieniem sobie filmu mam mały problem, dlatego wyłgam się trochę i połączę muzykę z filmem i powiem o przedstawieniu.
Nie dalej jak pięć dni temu byłem w operze narodowej na Turandot. Jestem wyjątkowo mocno zbudowany tym, że w Polsce, którą często stawia się gdzieś hen w długim ogonku za pierwszorzędnymi miejscami na świecie, nie muszę mówić o La Scali, nie muszę mówić o Metropolitan Opera, mówię o Operze Narodowej. Z tego co wiem Mariusz Treliński jest rozchwytywany na świecie i prawie w ogóle nie wysiada z samolotu, i to jest świetne, że jest Polakiem i potrafił stworzyć taką inscenizację, która po prostu rzuca na kolana. A skoro jest to przedstawienie nie grane tak znowu często - myślę, że będzie to klika dni na dwa miesiące-polecam wszystkim koniecznie stronę internetową Opery Narodowej, żeby koniecznie na Turandot się załapać.


JaK

sobota, 15 października 2011

Historia pewnego tłumu

Wyobraźmy sobie niedzielę - jedenastą pięćdziesiąt trzy, tłum tłoczący się pracowicie przy akompaniamencie stłumionych rozmów oraz Gliwicki Teatr Muzyczny, który każdego miesiąca w niedzielne południe otwiera swoje podwoje dla wielbicieli Krakowskiego Salonu Poezji. Znalazłam się w samym środku jednego z tych wydarzeń, zainicjowanych przecież przez Annę Dymną, ze szczerym zamiarem obcowania z poetycką metafizyką. Imprezy z salonowego cyklu mają charakter spotkania, konfrontacji debiutantów ze znanymi mistrzami deklamacji, wspólnej refleksji o tym i owym, a przede wszystkim pośredniego dialogu aktora z widzem. Wpadłam do GTM podjąć tę rozmowę i zaniżyć średnią wieku na widowni.
Mówiąc o entuzjastach recytacji, należy pamiętać, żeby nie popełnić błędu, a widzów nie napisać przypadkiem przez tłum otwarty. Zazwyczaj jest tak, że wchodzi się do teatru, zajmuje miejsce, mości na siedzeniu i wertuje repertuar – następuje dziwna symbioza z krzesłem. Mnie interesował jednak sam moment pełnego napięcia oczekiwania w holu, nerwowa atmosfera niezobowiązujących, eleganckich rozmów, gradacja nastroju osiągająca apogeum w chwili otwarcia drzwi oraz finalna, szaleńcza pogoń w stronę pierwszych rzędów, heroiczny, choć dystyngowany bieg na szpilkach, w błyszczących lakierkach, wśród trzepotu gustownych szali, ponieważ miejsca nie są numerowane, ponieważ dobrze jest kontemplować z bliska każdy grymas aktora, a kto pierwszy, ten lepszy! Podczas takiego napięcia niezawodnie musi dochodzić do transcendencji, warto więc zbadać zagadnienie.
Badania przeprowadzałam bardzo dzielnie i rzetelnie depcząc po eleganckich stopach, zdobyłam szturmem środkowy fotel w przedostatnim rzędzie. Zadowolona z takiego obrotu sprawy wzmocniłam fortyfikacje, rzucając tryumfalne spojrzenia zazdrosnym damom z rzędu ostatniego i, w oczekiwaniu na gospodarza salonu, oddałam się rozważaniom socjologicznym. Spojrzałam w stronę sceny zza prawego ramienia barczystego amatora erotyków Grochowiaka okupującego fotel przede mną. Rzut oka z drugiej strony. Lewy bark był na swoim miejscu i ściśle wypełniał przestrzeń sceniczną, a ręka spoczywająca w kieszeni marynarki wyglądała natomiast tak, jakby trzymał w niej przynajmniej pięć bez atu. Rola moja jako „badacza prądów zachowań” miała się tym razem ograniczyć do przeglądu obuwia pań zajmujących sąsiednie miejsca. Ale jakież to były buty! Wyposażone w lśniące klamerki z metalowymi wykończeniami, technicznie przystosowane do galowych biegów przełajowych…
Tymczasem rozległa się burza oklasków. Prelekcja, dwugłos, fortepian, dialog liryczny. Pani z prawej koneserskim zwyczajem wydęła usta, przyglądając się swoim niebotycznym obcasom. Fonetyczna esencja mizerabilizmu, magia słowa, brzęk filiżanek, szum przekładanych stronic. Spojrzenia pełne skupienia i uwagi, kilka łez wzruszenia, tak, tak, mimo wszystko poruszają ci turpiści, niebywałe doprawdy, alkoholizm prawdziwie inspiruje, donośny dzwonek telefonu, zmarszczone brwi, szepty, melorecytacja, melancholijne westchnienia, oklaski, stuk podnoszonych foteli…
Obsługa szatni zadrżała. Rozpoczęło się wielkie wychodzenie.



Anna Majewska

niedziela, 9 października 2011

Rytm

Stowarzyszenie Muzyczne Rytm powstało z inicjatywy prezesa, Mariana Dragona – tłumacza i pasjonata muzyki popularnej. RYTM zrzesza wokalistów głównie młodych, choć nie tylko, utalentowanych i przede wszystkim kochających muzykę. Stowarzyszenie zajmuje się promocją tych talentów, poprzez organizowanie 10 koncertów rocznie, a także warsztatów czy nagrań płytowych.
Najważniejszym z koncertów organizowanych przez SM RYTM, jest koncert finałowy, pod nazwą Festiwal Rytm Gliwice, a w tym roku odbędzie się już III jego edycja. Koncert jest finałem serii Gliwickich Koncertów Konkursowych organizowanych przez RYTM cyklicznie co czwartą sobotę miesiąca, od stycznia do września włącznie. Na festiwalu najlepsi podopieczni Rytmu zaprezentują swoje umiejętności na najwyższym poziomie. Festiwal odbywać się będzie 28 października w godzinach 16-20 w Kinie Amok Scena Bajka. Bilety do nabycia w kasie Amoku w cenie 7 zł na kilka dni przed festiwalem. Gwiazdą tegorocznego finału będzie pani Renata Przemyk. W ubiegłych latach gośćmi byli: Grzegorz Turnau (2009) oraz Stanisław Soyka (2010).


Sendi

„Piękna i bestia” przekona kobiety?

W miniony weekend Centrum Handlowe FORUM wraz z Centrum Onkologi rozpoczęło kampanię społeczną, która nosi nazwę „Piękna i bestia. Mężczyźni dla kobiet”. W przyszłą sobotę, czyli 15.10, Centrum Handlowe FORUM zaprasza na uroczystą galę tejże kampanii społecznej. Jednym z jej elementów jest zaplanowany na godzinę 22:30 koncert Andrzeja Piasecznego.

Akcja ma na celu promowanie walki z rakiem. Piękna symbolizuję kobietę, a bestia nowotwór. Organizatorzy przekonują, że rak to nie wyrok, można z nim walczyć przy wczesnym jego wykryciu. Badania są bardzo ważne, nie należy się ich bać, każda kobieta niezależnie od wieku powinna je wykonać. „Chcemy do nich przekonać niezdecydowane panie, aby w ten sposób zapobiegały groźnej chorobie. Dlaczego mężczyźni? Gdyż to właśnie oni powinni motywować kobiety do badań” - przekonują pomysłodawcy przedsięwzięcia.
Kampania „Piękna i bestia” nieprzypadkiem odbywa się w październiku. Jak wiadomo, to właśnie październikjest na całym świecie miesiącem „różowej wstążki”- symbolu walki z rakiem piersi. W ramach akcji panie będą miały możliwość wykonania bezpłatnych badań mammograficznych. Akcję wspiera wiele osób, m.in. plastycy i rzeźbiarze z Młodzieżowego Domu Kultury artystycznie przedstawią akcję, a dzieci będą lepić z gliny różowe wstążki. Natomiast 16.10 zawodnicy Piasta Gliwice podczas meczu z Bogdanką Łęczna, będą przyozdobieni takimi wstążeczkami, aby poprzeć i wesprzeć kobiety.
W kampanię włączyło się 20 regionalnych podmiotów społecznych. Minister Ewa Kopacz objęła patronat, nawet Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, osobiście popiera akcję. Więcej informacji oraz cały program można znaleźć na stronie: www.forumgliwice.pl



PaulinaKuciej

sobota, 8 października 2011

Fotografia znaczy malować świat


W Willi Caro odbył się dziś wykład Ewy Kuryluk „Ars i foto”, będący zwieńczeniem tygodniowego pobytu artystki w Gliwicach.

Słysząc wcześniej skrajne opinie na temat malarki (fotografki? twórczyni instalacji? Jak sama przyznaje – Nie myślę w ogóle w „kategoriach”), z chęcią znalazłam dla siebie miejsce na sali, by skonfrontować owe podzielone zdania z własnymi odczuciami. Wbrew obawom, Kuryluk zaprezentowała się jako osoba niezwykle ciepła i otwarta. Z uśmiechem opowiadała o początkach swojej twórczości i fascynacji powiązania malarstwa z fotografią, dziedzin tak sobie różnych, a jednocześnie tak podobnych.

Nastoletniej Kuryluk, kopiującej obrazy Pietera Brugela, podziwiającej postimpresjonistów, nie śniło się nawet, że w przyszłości sama mogłaby jeździć ze swoimi pracami po świecie. „Nie posiadam talentu, który pozwoliłby mi stać się czymś więcej niż przeciętną malarką”, zanotowała jako piętnastolatka. Przeciętność nie wchodziła w rachubę, w związku z tym postanowiła szukać drogi dla siebie. I choć nie przestawała malować (stosunkowo późno w swojej karierze zrezygnowała z pędzla), coraz bardziej pasjonowało ją jak przedstawić i manipulować rzeczywistością za pomocą fotografii. Zaczęła robić autoportrety z samowyzwalacza, ukazując siebie na zdjęciach taką, jak w danej chwili chciała być widziana. Byłam słabego zdrowia. Nie chciałam ich nikomu pokazywać wcześniej niż dwadzieścia lat po śmierci – wspomina dzisiaj. To była swoista dokumentacja siebie. To, czego szukała jako artystka, odnalazła w hiperrealizmie.

Na wystawie znajdziemy zarówno wpasowujące się w jego nurt wspomniane już intymne autoportrety Kuryluk sprzed lat kilkunastu, jak i te nowsze, kontrastujące z nimi swoistą teatralnością. Specjalnie na potrzeby prezentacji prac artystki w Gliwicach powstał „Konik”, wieńczący cykl dziesięciu instalacji na świetlistym tle. Dziecięca naiwność balansuje tu na granicy banalności i kiczu, osobiście uważam go za najsłabszy punkt wystawy. O wiele bardziej przypadły mi do gustu fragmenty instalacji amerykańskich: „Krzesła” oraz „Teatr miłości”, całuny przedstawiające osobiste dramaty i szczęścia, niewątpliwie inspirowane legendą o chuście Weroniki, kilkukrotnie przywołanej we wspomnieniach podczas wykładu. Obrazy-kolaże nie wszystkim przypadną do gustu, ale z pewnością pozostaną na długo w pamięci. Wizje te na płótnie, niczym kartki z pamiętnika, refleksje nad chwilą niepozbawione wyrzutów sumienia dręczą, niepokoją. Nie można pozostać wobec nich obojętnym.

Aleksandra Wojtkiewicz, absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie pracująca w National Gallery w Edynburgu, określa sztukę Kuryluk jako „oscylację między narracją, a obrazowaniem”. Życie i sztuka są tu jak osoba i cień, nierozdzielne, uzupełniające się wzajemnie – pisze w swoim komentarzu do wystawy. Przekrój wybranych prac artystki z różnych okresów Jej twórczości można będzie oglądać w gliwickiej Czytelni Sztuki przy ul. Dolnych Wałów 8a do 27 listopada.






Wiktoria Uljanowska

Ars i Foto

Twórczość Ewy Kuryluk jest powiązana z wieloma dziedzinami plastycznymi, począwszy od autofotografii, a skończywszy na artystycznych instalacjach. Najbardziej przypadły mi do gustu akrylowe obrazy-kolaże, emanujące awangardą, przeplatane życiem, intymnością i rozwojem technologii. Warte uwagi są również autoportrety malarki, wykonane w latach 70, mające charakter swoistych scenek rodzajowych. „Seria zdjęć z maską” jest przykładem eksperymentowania z rekwizytami i patrzenia na fotografię przez pryzmat obrazu malarskiego. Nie przemówiła do mnie natomiast artystyczna instalacja, która wydaje się być główną atrakcją wystawy. Przyznam, że cały koncept instalacji jest dość oryginalny, ale wydaje się prosty w wykonaniu, a ponadto nie wyraża jakiegokolwiek artyzmu. Najlepszą pracą wystawy jest obraz "Rozciąć horyzont", niewątpliwie inspirowany dziełami Marca Chagalla.








autorka wystawy


instalacja


"Rozciąć horyzont"







Kasia Kowalczyk

czwartek, 6 października 2011

Dzień z życia redakcji

Jak co tydzień cisnę pociągiem na 17, do Młodzieżowego Domu Kultury przy ul.Barlickiego 3 w Gliwicach, bo zobaczyć tam jedynie będącą zawsze i wszędzie na czas głowę całego zamieszania Adrianę Urgacz i dwie inne osoby - reszta jak zawsze się spóźni. Kiedy już docierają wszyscy, tradycja wymaga, by zawsze choć jedna osoba przyniosła jedzenie i przez pierwsze 15-20 zamiast uczestniczyć w zajęciach, objadała się na oczach innych - najczęściej są to Wiktoria lub Jakub. Zajęcia dziś klasyczne - warsztaty. Żadnego wyjścia, jak tydzień temu, twarde siedzenie i pisanie. Mamy parę nowych osób, które trzeba wdrożyć w temat. Problemów z tym nie brakuje, największy miała Sandra - jak się podpisać pod artykułem. Podchodzi i szeptem pyta do ucha: "Daj mi złotą radę - jak się mam podpisać". Głośny śmiech pytanego zburzył całą tajemnicę.
Ja z drugiej strony miałem zamieszanie z umówieniem się z "chłopcem z zapałkami", który wydzwania średnio trzy razy w tygodniu do redakcji, z pytaniem, czy o Nim napiszemy. Cóż za upór. Upór, którego powinniśmy się uczyć, w końcu dobry dziennikarz wyrzucony drzwiami - wejdzie oknem. A jeszcze lepszego w ogóle nie wyrzucą.
W związku z tym, że szukamy nowych twarzy redakcji, odwiedziła nas pewne osoba, ale nie wiem czy można nazwać ją "nową twarzą". Był to mężczyzna, który nawet napisał artykuł o nowościach w Oplu, jednak nikt z nas nie wie jak się nazywa i jak wygląda. Nie sposób złapać go w jakikolwiek sposób. Nazwijmy go roboczo - Fantomas.
Otóż Fantomas jest podobno ścigany przez Pentagon i stąd ta ostrożność. Dodatkowo ściga go Paniówkowa mafia za brak faktury za prowadzone z nimi ciemne interesy.
Nie brakowało jak zawsze gromkich śmiechów i głupich dowcipów, ale wszyscy wyglądaliśmy - jak zawsze - nieskazitelnie.

Pani Adriana - klasycznie na biało i okularami na głowie (by solidaryzować z Fantomasem)
Wiktoria - w czarnych rajstopkach i cekinowym batmanem na koszulce
Sandra - wyjątkowo bezczelnie w kapeluszu przed Godłem
Paulina - jak na wieczór z drogim winem
Jakub - w podejrzanej kędzierzawej czapce
Szymon - w czym był Szymon?
no a Fantomas był w niczym, bo był, ale go nie było i nikt nie może wiedzieć, że był

Reszta niestety nieobecna, no może poza częściowo obecną Anną, z którą rozmawiałem przez telefon - ot i cała Jej obecność.


Chcesz przyjść? Czekamy w każdy czwartek od godziny 17 w MDK przy ul. Barlickiego 3 w Gliwicach.
Ty się nie spóźnij!

(wszystkie wymienione w tekście -poza Fantomasem- osoby obecne w dziale "Redaktorzy")